„Czytam Twoje historie od dawna. Wielokrotnie zbierałam się, żeby się z Tobą skontaktować, ale zawsze brakowało odwagi. Dziś poczułam, że to już czas. Jeśli zdecydujesz się to opublikować dedykuję tę opowieść moim rodzicom. Bo zasłużyli, żeby ich miłość nie umarła. Żeby żyła… wiecznie.” Przez wiele lat byłam tylko ja i moja mama.
Nie pamiętam, by kiedykolwiek była smutna.. Jako dziecko pytałam o tatę.
Zawsze odpowiadała z uśmiechem, że wyjechał. Ale wróci. Nigdy nie czułam, że to była nieprawda. Być może sama w to wierzyła. Albo po prostu bardzo chciała wierzyć. Kochała Bieszczady.
Tam oddychała inaczej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nie była to tylko miłość do Biesów… Nie wiedziałam wtedy że byłam owocem tych gór.. Często widywałam ją z albumem na kolanach. Na jednym zdjęciu wklejonym, lekko pożółkłym był chłopak. Jasne włosy. Promienny uśmiech. Aż pewnego dnia mama powiedziała: „Jesteś już duża.Jedziemy w Bieszczady. Miałam 12 lat. Było pięknie. Zatrzymaliśmy się na chwilę w barze w Ustrzykach. Ludzie rozeszli się do toalet siedli przy stolikach. A moja mama nagle znieruchomiała. Zobaczyła go. I on ją . Nie musieli nic mówić. Czułam, że dzieje się coś ważnego. Coś , czego nie rozumiałam. Usiedli naprzeciwko siebie.
Najpierw dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy nic nie mówili. Potem łzy. Potem mówili do siebie non stop. Jakby chcieli nadrobić ponad 12 lat w jednej godzinie. To był on. Mój tata. Nie wiedział, że jestem. Ona nie wiedziała, czy go jeszcze kiedyś zobaczy. To było jedno spotkanie jeden obóz przed laty. Letni wieczór, ognisko, rozmowy do świtu, pocałunek, którego się nie zapomina. I rozstanie. Ale coś zostało. Ja. Po tym spotkaniu w Ustrzykach zaczęli pisać do siebie. Parę miesięcy później wzięli ślub.
A ja, pierwszy raz w życiu, mogłam powiedzieć „tato”. Był inny niż go sobie wyobrażałam. Nie umiał gotować. Ale głaskał mnie po głowie z taką czułością, że wiedziałam próbował nadrobić całe dzieciństwo. Był dobrym człowiekiem. Takim, który ma serce na dłoni. Odszedł, gdy byłam już dorosła.Mama niedługo po nim. Dziś wracam. Do Cisnej. Do Smereka. Do tamtych miejsc.Patrzę na drzewa. Dotykam kamieni. Idę ścieżką, którą szli po raz pierwszy po latach. I wiem, że są. Że ich miłość nie skończyła się w żadnym szpitalu, ani w żadnym akcie zgonu. Ona żyje. W mnie. W ich spojrzeniu które pamiętać będę na zawsze.
Spisałem to i publikuję tę historię.
Pamięci Ewy i Łukasza.
Bo prawdziwa miłość nie kończy się śmiercią. Nie umiera nigdy. Ona… po prostu trwa. I wraca wtedy, gdy ktoś o niej opowie.
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz