„Czytam Twoje historie od dawna. Wielokrotnie zbierałam się, żeby się z Tobą skontaktować, ale zawsze brakowało odwagi. Dziś poczułam, że to już czas. Jeśli zdecydujesz się to opublikować — dedykuję tę opowieść moim rodzicom. Bo zasłużyli, żeby ich miłość nie umarła. Żeby żyła… wiecznie.”

Przez wiele lat byłam tylko ja i moja mama.
Nie pamiętam, by kiedykolwiek była smutna, choć w jej oczach często było coś, czego nie umiałam wtedy nazwać. Cień wspomnienia. Coś czego nie da się określić słowami.

Jako dziecko pytałam o tatę.
Zawsze odpowiadała z uśmiechem, że wyjechał. Ale wróci.
Nigdy nie czułam, że to była nieprawda.
Być może sama w to wierzyła. Albo po prostu bardzo chciała wierzyć.

Kochała Bieszczady.
Tam oddychała inaczej. Jej twarz łagodniała, oczy stawały się jaśniejsze. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nie była to tylko miłość do Biesów…
To było coś więcej. Nie wiedziałam wtedy że byłam owocem tych gór..

Często widywałam ją z albumem na kolanach.
Na jednym zdjęciu – wklejonym, lekko pożółkłym – był chłopak. Jasne włosy. Promienny uśmiech.

Aż pewnego dnia mama powiedziała:
„Jesteś już duża.Jedziemy wspólnie na obóz.

Miałam 12 lat.
Lato pachniało ziołami, trawy sięgały pasa, a słońce pieściło skórę tak, jak tylko lipcowe słońce w Bieszczadach potrafi.

Pojechałyśmy na obóz Było pięknie , harcerskie piosenki przy ognisku, kanapki z pasztetem, przemoczone buty i śmiech przy herbacie z termosu.
To miała być zwykła przygoda.
Ale czasem Bieszczady zmieniają zwykłe w niezwykłe.

Zatrzymaliśmy się na chwilę w barze w Ustrzykach.
Ludzie rozeszli się do toalet siedli przy stolikach.
A moja mama nagle znieruchomiała.

Zobaczyła go.
I on – ją.

Nie musieli nic mówić.
Wszystko jakby nagle znieruchomialo.. Czułam, że dzieje się coś ważnego. Coś , czego nie rozumiałam.

Usiedli naprzeciwko siebie.
Najpierw dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy nic nie mówili. Potem jedno słowo. Potem łzy. Następnie śmiech. I znów cisza.
Jakby chcieli nadrobić ponad 12 lat – w jednej godzinie.

Bo to był on. Mój tata.
Nie wiedział, że jestem.
Ona nie wiedziała, czy go jeszcze kiedyś zobaczy.

To było jedno spotkanie – tamten obóz, przed laty.
Letni wieczór, ognisko, rozmowy do świtu, pocałunek, którego się nie zapomina. I rozstanie. Życie.
Ale coś zostało.
Nowe życie. Ja.

Po tym spotkaniu w Ustrzykach – zaczęli pisać do siebie.

Parę miesięcy później wzięli ślub.
A ja, pierwszy raz w życiu, mogłam powiedzieć „tato”.

Był inny niż go sobie wyobrażałam.
Nie umiał gotować.
Ale głaskał mnie po głowie z taką czułością, że wiedziałam – próbował nadrobić całe dzieciństwo.
Był dobrym człowiekiem. Takim, który ma serce na dłoni.

Odszedł, gdy byłam już dorosła.
Mama – niedługo po nim.

Dziś wracam.
Do Cisnej. Do Smereka. Do tamtego miejsca, którego już nie ma.
Patrzę na drzewa.
Dotykam kamieni.
Idę ścieżką, którą szli po raz pierwszy – po latach.

I wiem, że są.
Że ich miłość nie skończyła się w żadnym szpitalu, ani w żadnym akcie zgonu.

Ona żyje.
W mnie.
W ich spojrzeniu – które pamiętać będę na zawsze.

Spisałem to z ogromnym wzruszeniem i publikuję tę historię.
Pamięci Ewy i Łukasza.

Bo prawdziwa miłość nie kończy się śmiercią.
Nie umiera nigdy.
Ona… po prostu trwa.
I wraca wtedy, gdy ktoś o niej opowie.

Autor: Jędruś Ciupaga