Prezydent Karol Nawrocki wyleciał we wtorek, 2 września 2025, do Stanów Zjednoczonych. Spotkanie z prezydentem USA Donaldem Trumpem odbędzie się jutro, 3 września, o godzinie 11:00 czasu lokalnego (17:00 czasu polskiego) w Białym Domu. W planie przewidziano m.in. pokaz lotniczy oraz rozmowy plenarne w formule śniadania roboczego. Po spotkaniu Nawrocki udzieli briefingu dla polskich mediów w Blair House.
Donald Trump nie czekał długo. Zaledwie dwa miesiące po zaprzysiężeniu Karola Nawrockiego w Białym Domu pojawiło się oficjalne zaproszenie dla nowego prezydenta Polski. Trump wysłał jasny sygnał: to z Nawrockim rozmawia Ameryka, nie z Tuskiem i Sikorskim. Z nimi – jak sam miał podkreślać w rozmowach – „nie usiądzie nigdy”. Bo jak tu rozmawiać z ludźmi, którzy jeszcze niedawno obrażali i wyśmiewali samego Trumpa, a dziś próbują wkraść się na salony? To już nawet nie hipokryzja, to groteska.Wizyta Nawrockiego w Waszyngtonie ma wymiar nie tylko polityczny, ale i symboliczny. Na lotnisku pewnie powita go kierownik placówki, bo ambasadora nie ma. W całej delegacj nie znalazł się nikt z MSZ. Dlaczego? Bo – jak celnie zauważył szef kancelarii prezydenta Zbigniew Bogucki – rząd Tuska i jego ludzie „się skompromitowali”. Ktoś, kto publicznie atakował Trumpa, miałby nagle błyszczeć w gabinecie Owalnym? Nie, tego teatru już nikt nie kupi.I tutaj pojawia się obrazek wręcz kabaretowy. Klich – niby kierownik placówki, niby ambasador, a w praktyce figurant z partyjnego nadania. Ambasadorem nigdy nie zostanie, ale stołek trzyma, bo tak działa ta cała klikowa układanka. Po co on tam w ogóle jest? Nawet języka porządnie nie zna! To jakby wysłać kogoś, kto nie umie pływać, do patrolowania plaży. Tyle że w dyplomacji taki brak kompetencji kompromituje państwo jeszcze mocniej.Pomiędzy tym całym kabaretem pojawia się też Anne Applebaum – żona Sikorskiego. Poleciała prywatnie, niby jako „łącznik” i ekspert od wszystkiego, ale realnie to po co? Bo mąż jest tam niemile widziany? Tak jakby ona była.Ten obrazek pachnie PRL-em. Tak samo jak w czasach komunistycznej nomenklatury – nie liczyły się kompetencje, nie liczył się język, ani doświadczenie. Liczyła się lojalność wobec „partii” i trzymanie się układu. Klich jest żywym symbolem tej mentalności: aparatczyk bez dorobku, który trzyma się stołka tylko dlatego, że należy do właściwego kręgu.
A MSZ? Kompletnie odsunięty. Nawrocki nie wziął nikogo od Sikorskiego. Bo i po co? Co mieliby tam robić – przepraszać Trumpa za własne inwektywy sprzed kilku lat? To byłaby scena jak z kiepskiej farsy: polski minister klęka w gabinecie Owalnym i błaga, by Ameryka zapomniała jego obelgi. Dlatego prezydent wolał pojechać sam, z własną ekipą, bez kompromitujących dodatków.Zamiast tego obrazek jest prosty i wymowny: Nawrocki wejdzie do Białego Domu, Trump uściska mu dłoń, a cała reszta – od Sikorskiego po Tuska i ich partyjne otoczenie – zostaje na zewnątrz. I to dosłownie. Ci, którzy kiedyś marzyli o zdjęciach przy amerykańskich flagach, dziś mogą co najwyżej komentować zza płotu. Trump nie ma zamiaru nawet pozwolić im stanąć dziesięć metrów od Białego Domu.
I tutaj widać kontrast jak na dłoni: klikowa ekipa Tuska i Sikorskiego – aparatczycy XXI wieku, którzy pamiętają jeszcze PRL, trzymający stołki i układy – kontra Nawrocki, który wchodzi jak człowiek, który naprawdę rozumie świat i politykę. Jedni udają, że działają, a drudzy działają naprawdę.
Ostatni akcent satyryczny: Applebaum w tej scenie jest jak polityczna lalka – uśmiechnięta, ale zupełnie bezużyteczna. Klich stoi obok jak figurka z PRL-owskiego biurka partyjnego: obecny, bo musi, ale niczego nie zmieni bo nic nie może. Reszta klikowej ekipy – Tuski, Sikorscy i inni – mogłaby równie dobrze stać w muzeum dawnej dyplomacji. Tymczasem Nawrocki wchodzi do akcji jak ktoś, kto naprawdę wie, gdzie jest scena i kto jest publicznością. Cała groteska, cała ironia historii – w jednym ujęciu.
Ironia historii polega na tym, że to właśnie ludzie, którzy przez lata uważali się za mistrzów dyplomacji, takie mieli o sobie mniemanie wylądowali na politycznym śmietniku. A Polska – mimo ich fochów – ma dziś prezydenta, który wchodzi drzwiami frontowymi do gabinetu najważniejszego sojusznika, prezydenta najpotężniejszego macarstwa na świecie.