W jesienne wieczory lubię odpalać sobie mapy Google. Bo tęsknię za podróżą. Moja cygańska dusza domaga się oglądania tej geograficznej pornografii. Najsamprzód wyświetla mi się niebieska kropka z zaznaczeniem, gdzie jestem obecnie. Następnie podkręcam emocje skrolując na myszce. Jedno przewinięcie i sięgam granic powiatu, drugie granic województwa śląskiego i morawsko-śląskiego zahaczając o region Czadcy. Za trzecim jestem już za Brnem tuż przy granicy z Austrią i w południowej Słowacji. Czwarty scroll – w zasięgu wzroku mam Czerniowce, Graz, Segedyn i Kluż z Sigiszoarą. Za piątym przewinięciem widzę już całe Bałkany i zachodnią ex-Sowiecję. W prawym górnym rogu widnieje Oko Saurona – Moskwa. Dalej już nie przewijam.

Przełączam na widok satelitarny. Ten pozwala mi odróżnić ludy górskie od ludów nizinnych. Podziwiam ten krzywy kręgosłup Europy Środkowej występujący pod nazwą Karpat. Jak zmrużę lekko oczy dostrzegam zarys Wielkich Węgier, ale żebym jak nie mrużył i to pod różnym kątem nie dostrzegam ani Wielkiej Serbii, ani Wielkiej Albanii, ani Wielkiej Bułgarii, ani – sorry przyjaciele z Suczawy – Wielkiej Rumunii. Tylko Wielkie Węgry mają jako takie oparcie w geografii, w ukształtowaniu terenu. Karpaty stały się dla Madziarów błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. Dlatego odpowiednio odhodowany tłusty Węgier z kręconym wąsem i kapeluszem potrafi być jednocześnie trzeźwy i pijany. W tym samym czasie. Potrafi się jednocześnie śmiać i płakać, a bynajmniej nie jest to radość przez łzy. Powinno się Węgrom oddać choćby kilka karpackich szczytów, aby spoglądając z nich na Budapeszt i Balaton, mogli do woli śmiać się i płakać.

Gdyby tak można było połączyć w jedno państwo i jeden naród Bułgarów z Rumunami, wspólnie mieliby powierzchnię nieco większą niż Polska, ale demograficznie i tak byliby 10 milionów za nami. Myślę, że to jest główny powód, dla którego zrezygnowali z bliższej integracji. Policzyli, że nawet jak zepną poślady, to i tak Polaków nie przeskoczą. Poza tym co mają potomkowie dumnych Daków i rzymskich legionistów wspólnego z udającymi Słowian tureckimi Bułgarami? To przecież jakieś jedno wielkie nieporozumienie. Nieprzypadkowo na liczącej sobie jakieś 500 kilometrów granicy rumuńsko-bułgarskiej są tylko dwa mosty na Dunaju, a do wejścia do Unii był tylko jeden.

Patrzę na południe i widzę… Wielką Macedonię i to bez mrużenia oczu. Saloniki (Sołuń) i Skopje to puzzle, które do siebie idealnie pasują. Grecy niepotrzebnie upierają się przy tym, że są potomkami Arystotelesa, Sokratesa, Platona, podczas gdy w istocie są mieszaniną plemion wszelakich, które przez wieki mieszały się w tym bałkańskim tyglu i tylko prawosławie stanowi o ich odmienności od Turków. Bo charakterologicznie są Turkami. Stolica zjednoczonej Macedonii powinna być w Bitoli, w barze dworcowym, gdzie zawsze się zatrzymuję na obiad i piwo Złoty Dąb. Myślę, że stać by mnie było na zostanie konsulem honorowym, a jak mi zbraknie kasy to stanę się tylko zwykłym konsulem.

Czuję, że niebawem znów wyruszę, tym razem nie palcem po mapie.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.