Jadwiga miała dwadzieścia lat, gdy świat, jaki znała, rozpadł się na kawałki. Mieszkała w małej wiosce w Bieszczadach, wśród gęstych lasów i malowniczych dolin, które wydawały się tak spokojne i wieczne. Jednak tamtej nocy cisza pękła – spokój ustąpił miejsca krzykom, płomieniom i śmierci.
Ogień rozświetlił niebo, a dym gryzł w gardło. Ludzie krzyczeli, biegali w popłochu, szukając ratunku. Jadwiga patrzyła z przerażeniem, jak oprawcy bestialsko mordowali jej rodzinę. Matka została zakłuta bagnetami, próbując osłonić najmłodszego brata, który płakał w jej ramionach. Chwilę później chłopiec zginął – jeden z napastników roztrzaskał mu głowę kolbą karabinu. Starsza siostra próbowała uciec, ale dopadli ją na progu domu. Śmiali się, zanim poderżnęli jej gardło.
Jadwiga została schwytana. Ciągnęli ją w stronę pniaka, gdzie miała zostać ścięta. Przycisnęli jej głowę do drewna, a kat uniósł siekierę. Zamknęła oczy, modląc się nie o życie, lecz o szybki koniec.
I wtedy rozległ się dziki krzyk. Kat upadł z widłami wbitymi w plecy – to jej ojciec, półżywy, zakrwawiony, ostatkiem sił rzucił się na zbrodniarza. Wokół wybuchł chaos. Ojciec chwycił Jadwigę i pchnął ją w stronę lasu.
– Biegnij! Nie oglądaj się! – krzyknął.
Biegła, choć serce pękało jej z bólu. W uszach miała jeszcze krzyk ojca i odgłosy ciosów, ale nie mogła się zatrzymać. Chciała żyć.
Opadła na kolana w gęstwinie, ledwie łapiąc oddech. Wtedy zza krzaków wyszła starsza kobieta w znoszonej chuście. Spojrzała na nią ciepło, podała rękę i szepnęła:
– Chodź, dziecko.
Kobieta miała na imię Hanna. Mieszkała samotnie na skraju lasu. Opatrzyła Jadwigę, nakarmiła, dała dach nad głową. Nauczyła ją, jak rozpoznawać jadalne rośliny. Dzięki niej dziewczyna odzyskała odrobinę nadziei.
Pewnego dnia z lasu wyszli banderowcy. Hanna kazała Jadwidze uciekać tylnymi drzwiami i nie oglądać się za siebie. Posłuchała – w lesie usłyszała krzyk. Hannę powiesili na drzewie. To wspomnienie już nigdy jej nie opuściło.
Z czasem dotarła do polskich partyzantów. Tam przyjęła pseudonim „Arnika”. Opiekowała się rannymi, przenosiła meldunki, pomagała w kuchni.
Po wojnie Jadwiga została sama, bez rodziny i swojego miejsca. Nowy dom znalazła na Pomorzu. Wstąpiła do Związku Harcerstwa Polskiego i związała z nim na całe życie. Organizowała drużyny, prowadziła zbiórki, uczyła miłości do ojczyzny, odpowiedzialności i służby.
Na Pomorzu, gdzie się osiedliła, wychowała całe pokolenia młodzieży.
Dopiero w latach dziewięćdziesiątych, gdy zaczęto mówić głośno o zbrodniach UPA, zdecydowała się na publiczny wywiad. W radiowym reportażu opowiadała bez patosu. Mówiła o matce, która osłoniła brata, o siostrze, której nie zdążyła uściskać w dniu jej urodzin. O ojcu z widłami w dłoniach. O Hannie, która dała jej drugie życie.
Jadwiga była już wiekowa a jednak przyjechała jeszcze raz w Bieszczady. Stanęła na wzgórzu, patrząc na dolinę, gdzie kiedyś mieszkała. Milczała długo, jakby rozmawiała z tymi, którzy odeszli. Czuła, że to jej ostatnie pożegnanie z tym miejscem.
Potem wróciła na Pomorze – tam, gdzie prowadziła drużyny i gdzie stworzyła swój nowy dom. Jakby wiedziała, że niedługo odejdzie. Ułożyła starannie swoje rzeczy , napisała kilka listów…
Zasnęła spokojnie, we własnym pokoju. Na stoliku obok leżał medalik i krzyż harcerski.
Na jej pogrzeb przyszły tłumy. Byli dawni wychowankowie – już dorośli, z dziećmi, które przyprowadzili, by pokazać im, komu zawdzięczają swoje wychowanie. Byli sąsiedzi, znajomi, całe drużyny harcerskie. Cmentarz wypełnił się sztandarami, proporcami, mundurami.
Trumna przykryta była suknem z lilijką harcerską. Obok leżał jej stary plecak, finka i chusta – symbole służby, której była wierna do końca życia. Przy trumnie harcerze pełnili wartę honorową ze świecami w dłoniach.
Orszak wyruszył spod kościoła w ciszy.
Gdy zbliżali się do grobu, rozbrzmiała pieśń:
„Płonie ognisko i szumią knieje…”
Śpiewały ją setki gardeł, niosąc słowa przez cmentarz. A gdy doszli do fragmentu o obrońcach naszych polskich granic – rozległ się jeden, głęboki szloch. Tak, jakby całe jej życie, cały ból, ofiara Jadzi i pamięć o niej, zamknęły się w tym jednym zdaniu.
Trumnę opuszczono do grobu. Harcerze stali na baczność, salutując. A potem, jak zawsze, padło słowo, które towarzyszyło jej całe życie:
– Czuwaj!
Na prostym krzyżu, prócz imienia i nazwiska, wyryto sentencję:
„Przetrwała piekło, by dawać świadectwo.”

Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz