Pamiętam, jak sasiad, rocznik 1933,  mówił: „Ziemniak to świętość. Ma być z dobrej ziemi”, dlatego w płodozmianie po zasileniu ziemi obornikiem pierwsze sadził ziemniaki.  I patrzył też spode łba, jak ktoś przyniósł na stół jabłko błyszczące od chemii jak grill w katalogu. Dziś dziadek by się zapłakał, bo oto nastały czasy, w których ziemniaka ze swojej ziemi zasilonej nawozem organicznym coraz trudniej znaleźć, a jabłko z drugiego końca świata przyjeżdża, wypudrowane i wypastowane jak stara lampucera, ale w klimatyzowanej limuzynie — za darmo, za punkt w Lidlu.

Zacznijmy od tego, że coś się święci. Unia Europejska, ta sama co każe rolnikowi sikać tylko w wyznaczonym miejscu na łące i zapisywać w kajecie każde kichnięcie krowy, właśnie przyklepała umowę z krajami Mercosur. A Mercosur, czyli Wspólny Rynek Południa (hiszp. Mercado Común del Sur), jest to regionalny blok handlowy i unia celna państw Ameryki Południowej, powołana w 1991 roku traktatem z Asunción. To taki odpowiednik dawnego EWG. Kto nie wie, niech sobie sprawdzi — ale ostrzegam: można dostać biegunki z wrażenia.

W skrócie: oni nam tanią żywność z pola praktycznie bez norm, my im drogie maszyny i samochody, co to i tak połowa z nich nie przeżyje brazylijskiego asfaltu. A kto na tym straci? Oczywiście ci, co mają najwięcej do stracenia – polscy rolnicy i ci, co jeszcze mają sumienie przy zakupach.

Bo jak to wygląda w praktyce?

Rolnik spod Proszowic, Wadowic czy Przasnysza, co hoduje pomidora z czcią należną relikwiom, musi przechodzić kontrole, papierologię, śledztwo lepsze niż w CBŚ i trzy razy udowodnić, że nie pryskał pestką z jabłka. A jak pomidor mu pęknie od słońca — to won, do kompostu. Bo „nieestetyczny”.

Tymczasem z drugiej strony oceanu, jak donoszą biegli w temacie, leci kukurydza, co świeci w nocy i karmi się Roundupem do śniadania. Tania, błyszcząca, pakowana w design jak z Paryża. I ludziom oczy się świecą, bo cena jak z PRL-u, tylko bez kartki.

No właśnie — cena. Bo w tej grze to nie chodzi o smak, zdrowie czy lokalność.

Chodzi o to, że najbiedniejsi zjedzą to, co najtańsze.

A najtańsze nie musi być najgorsze — ale często niestety jest.

Czyżby na naszych oczach wracają się czasy, kiedy magnateria mówiła z autentyczną obawą, że „chłop nie może jeść szynki, bo mu się żołądek skręci”, tak dziś decydenci z Brukseli mruczą pod nosem: „Polska prowincja i tak nie zauważy różnicy. A jak zauważy, to się przyzwyczai.”

A teraz uwaga: nikt się nie przejmuje, że karmiąc ludzi „żywnościopodobnymi” produktami, hodujemy nie społeczeństwo konsumenckie, tylko pacjentów. Kiedy to wszystko odbije się na wątrobie, trzustce i płucach, zacznie się lament. Bo jak leczyć rzesze ludzi z chorób cywilizacyjnych wywołanych chemią na talerzu, gdy już teraz służba zdrowia leży i kwiczy jak baran po Sylwestrze? A kto to sfinansuje? Bo dziś 8% PKB na zdrowie to mało, a jutro może nie wystarczyć nawet 16%. Tylko skąd wziąć tych podatników, skoro ci chorzy będą żyć krócej, mniej pracować, a więcej leżeć w kolejkach do specjalisty, który sam pewnie je to samo?

Złoty deal: my bierzemy tanie, niekontrolowane jedzenie, oni biorą nasze maszyny i BMW.

Fajne, nie? Dla miliardera – biznesmena kontrolującego fabryki, z osłona Brukseli – kapitalne. Dla polskiego sadownika? No cóż – koniaczek, różaniec i spać.

A Unia? No cóż… Miała być wspólnotą równych.

A wyszło jak zawsze — równi i równiejsi.

Bo to nie Polska wymusiła ten układ. To nie z Małopolski szły maile do Brazylii. To poszło z gabinetów, gdzie cygara są większe niż świadomość społeczna, a normy ekologiczne działają tylko, gdy nie przeszkadzają przemysłowi motoryzacyjnemu.

A potem zdziwienie, że ludzie są wściekli. Że protestują. Że palą opony i wypisują hasła sprayem na belach słomy.

A może po prostu nie chcą być ostatnim ogniwem w łańcuchu, w którym ich wysiłek ląduje w rowie, a zysk płynie pod prąd Dunajem do Stuttgartu?

Zresztą — wiecie co?

Nie chodzi tylko o rolników.

To nasze zdrowie i nasze dzieci będą jadły te tanie, ładne, bezzapachowe owoce z drugiego końca świata.

Bo nas – jak to mówią – nie będzie stać na kabaczek od sąsiada.

Ten będzie dla tych z SUV-em i dietetykiem.

A reszta? Będzie miała prawa konsumenckie.

Do świecącej kukurydzy i jabłka bez duszy.

 

P.S. A gdyby dziadek jeszcze żył, to zapewne powiedziałby tak:

„Lepiej krzywe, ale swoje — niż równe, ale z piekła rodem.”

I to by było chyba najlepsze podsumowanie całej tej szopki.