Obejrzałam film „Babilon”. Z pozytywnym podejściem do filmu i reżysera. Po filmie mam uczucia bardzo mieszane.

Dla kogoś, kto przeżył – i to w dojrzałej dorosłości – tamte lata, film jest średnio interesujący. Artystyczna oprawa raczej zbyt młodzieżowa (czy wtedy już były takie komiksy; nie wiem, bo mój syn nie kupował komiksów więc nie wiem, czy były i jaie były). Sceny autentyczne, dokumenty troszkę pomieszane i chyba dla kogoś, kto nie znał stanu wojennego z autopsji, całkiem nieczytelne. Gdzie, kto-kogo, o co chodziło w tych manifestacjach. Dużo scenek, które mogą być zweryfikowane także jedynie przez ludzi w moim, czyli unikalnym wieku.

Wiele drobiazgów, jakie zawsze mnie bawią, a czasem denerwują, a pokazywane są w filmach robionych przez reżyserów nie mających pojęcia o realiach jakigoś okresu. Mówię o filmach opowiadających o przedwojniu, kiedy np. oficer żeni się z tancerką, czy mężczyzna podaje ogień kobiecie siedząc.

W tym filmie nieprawdą było pakowanie dzieku chleba w gazetę. To się nie zdarzało. Przynajmniej w mieście. To był czas, kiedy pisano na maszynie i w dodatku przez „przebitkę”. Przynoszono więc do domu papier, albo ową przebitkę. W każdym razie tyle, aby opakować kanapki do szkoły czy do pracy. Oprócz tego były płocienne woreczki. Zbierały się w nich okruchu, bywaly zasmarowane dżemem lub tłuszczem więc trzeba było codziennie prać.

W latach osiemdziesiątych nauczycielki (nawet jęzka francuskiego) nigdy nie siadały na stole i to w tak prowokacyjny sposób. Nauczycielstwo to był jednak poważny zawód i poważnie traktowany przynajmniej w formie zewnętrznej, bo jeśli chodzi o sprawy merytoryczne, to istotnie już notowano gwałtowany uadek.

Nie pamiętam, aby zomowcy atakowali kolejki przed sklepami i można ich było przekupić. Owszem, przyjmowali chętnie łapówki, ale w innych sytuacjach. Ale prostować nie będę, bo może takie incydenty miały miejsce, ale nie masowo. Kolejki były raczej bepieczne, no chyba, że stała w niej grupa młodych chłopaków. Bo młodzi chlopcy w kolejkach raczej nie stali. No, po buty. Jeśli akurat „rzucili”.

A ze spraw poważnych, bo to co napisałam to „czepialstwo”, to nigdy nie podrzucano (i to radiowozem) trupa pod jego dom. Zawsze zacierano slady zabójstwa tak, aby trudno było dojść co się stało.

Można obejrzeć dziś film „Śmierć jak kromka chleba”. Mordercy nie oddawali swoich ofiar rodzinom. Zawsze byli anonimowi. Stąd do dziś niby nie wiadomo, kto zabił. Ktoś. A w wiekszosci przypaków zabójstwo było jakby przypadkowe i miało być niewyjaśnione. I jest niewyjaśnione.

Fot. Maciej Popowski / materiały prasowe TVP

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.