Litewskie sądy – daleko bardziej zaawansowane technologicznie od naszych, a jednocześnie chyba bardziej przyjazne w formie dla ludzi. Różnica jest już na wejściu: nie ma bramek lotniskowych, a jeden znudzony policjant siedzi tylko w gmachu Sądu Najwyższego. Nie widać też strażników na korytarzach.
W holu Sądów Rejonowych dla Wilna wygodne kanapy, dużo kwiatów, togi na manekinach (nieogrodzone – trudno to sobie wyobrazić u nas) i… stół pingpongowy z rakietkami i piłkami. Dla wszystkich. Relaksują się sędziowie, adwokaci, strony.

Dla adwokatów i stron krzesła wyściełane. Nawet stolik adwokata wyłożony suknem, aby papiery się nie ślizgały. U nas trzeba siedzieć na twardych ławach.

No i hit – w każdym zakładzie pracy zatrudniającym ponad 100 osób musi być przedszkole. To w sądzie dostępne jest także dla stron, jeśli nie mają z kim zostawić dziecka. Niby drobiazgi, a jak ocieplają wizerunek tej instytucji.

Czas rozpoznawania spraw kilka razy krótszy niż u nas. W litewskim Sądzie Najwyższym na przyjęcie kasacji czeka się dwa miesiące, na jej rozpoznanie kolejne dwa.

Naszymi przemiłymi gospodarzami podczas wizyt studyjnych w sądach byli Panowie Sędzia Sądu Najwyższego i wiceprezes Sądów Rejonowych dla Wilna, polskiej narodowości. Serdeczni, ciepli, cierpliwie odpowiadający na setki naszych pytań.