W pełni zgadzam się z argumentacją redaktora Marka Budzisza (czytaj).

Wiem, że są w Polsce liczne grupy społeczne niechętne większemu zaangażowaniu Polski w tę wojnę. Są to zarówno niechętni Ukrainie skrajni prawicowcy, jak też gotowi oddać naszą suwerenność za mglistą perspektywę „zatroszczenia się” Niemiec o polski dobrobyt i bezpieczeństwo lewicowcy i liberałowie.

A jednak – przy naszym położeniu centralnie między reńskim a nadwołżańskim ośrodkiem siły – Polska nie ma tak naprawdę wyboru. Niechęć wobec Ukraińców ma oczywiste historyczne uwarunkowania, lecz te są do przezwyciężenia, gdyż nie mają już współczesnego materialnego oparcia. Natomiast perspektywa podporządkowania Polski reńskiemu centrum polityczno-gospodarczemu jest całkiem realnym zagrożeniem „ontologicznym”, które można ignorować wyłącznie wówczas, kiedy przyjmie się skrajnie indywidualistyczny antynarodowy światopogląd wzmacniany nieustannie sączonym nam w uszy jazgotem kwestionującym zdolność Polaków do posiadania sprawnego samodzielnego państwa oraz suflujący ich „organiczne” zacofanie.

Podczas miesięcznej nieobecności na FB miałem okazję dość wnikliwie przyglądać się codziennej „napierdalance” stronnictw politycznych na Twitterze. Wniosek jest taki, że nie ma jednej pojedynczej inicjatywy państwa, która nie zostałaby zrugana z błotem przez „totalną” opozycję:

Zbroimy się „za bardzo”, „nie tak jak trzeba”, „nie u kogo trzeba”. Polskie wojsko „to banda nieogarniętych trepów” – lepiej, żeby nie mieli żadnych rakiet, bo z nieudolności sami poślą je na Warszawę. O poważniejszej broni lepiej nie mówić – nie daje się małpie brzytwy!

Fuzja Orlenu z Lotosem i PGNiG, to „grabież”, „zdradziecka próba oddania polskich klejnotów Rosjanom”, „kretyńska polityka burmistrza Pcimia”.

Przekop Mierzei Wiślanej i tor wodny do Elbląga – szkoda gadać, wiadomo: „wyborcza trasa dla kajaków”, „magalomania”, „szaleństwo eko-zbrodniarzy”…

Baltic Pipe: „pseudo-niezależność”, „i tak podłączony do niemieckiej rury (Europipe II)”, „kropla w morzu potrzeb”.

Energetyka jądrowa: „Chodzi żeby budować, ale nigdy nie zbudować”, „Polacy i atom, to się nie klei”, „Chcą nas ze wszystkimi skłócić”, „Na koniec i tak będziemy uran kupować od Ruskich”.

CPK: „Po co nam hub komunikacyjny, skoro jest już dobry w Brandenburgii”? „W głowach się poprzewracało!”, „Wyjdzie z tego drugi Radom”, „Wariaci!”.

Izera – samochód elektryczny: „Polacy, to nawet hulajnogi zrobić nie potrafią”, „Znowu chcą nakraść”, „Miał być polski cud techniki a wyjdzie chińskie badziewie”, „Wydadzą miliardy na gówno, co nie przejedzie nawet 100 km na jednym ładowaniu”.

Ogólnie, ton jest taki, że skoro Polskę zamieszkuje dobre kilkadziesiąt procent „pisowców”, to lepiej, żeby jej w ogóle nie było…

Ocalenie Ukrainy jest zatem jedyną drogą utrzymania narodowej suwerenności. Odtworzenie potęgi państwa rosyjskiego w perspektywie dekady będzie wyrokiem śmierci dla Polski w każdej konfiguracji. Wspieranie projektu sfederalizowanej Europy pod niemieckim przywództwem będzie zaś narodową „sedacją paliatywną” – doprowadzeniem naszego państwa do kompletnego odpodmiotowienia, zaniku wszelkiej własnej decyzyjności i sprawczości.

Sojusz wojskowy z Ukrainą jest zatem koniecznym etapem budowania alternatywnego scenariusza rozwojowego, który pozostaje poza dyspozycją Centrum Reńskiego, powstrzymuje aspiracje Centrum Nadwołżańskiego i będzie mocno oddziaływał na Mołdawię i Białoruś dążąc do utworzenia liczącego się ośrodka siły na Pomoście Bałtycko-Czarnomorskim. Ośrodka liczącego się na tyle, że stanowiącego samodzielny podmiot geopolityczny, z którym muszą konsultować się zarówno Francuzi jak i Niemcy, ale też Amerykanie – zbyt obecnie skłonni do uzgadniania swojej wschodnioeuropejskiej strategii wyłącznie z Berlinem.

To droga długa i trudna, ale jedyna naprawdę perspektywiczna.

Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.