Na nasz Uniwersytet nomen omen przyleciał światowej sławy amerykański ornitolog, pochodzenia albańskiego. Ani młody, ani stary, no i trochę przypominał ptaka. Miał ze sobą dwie wielkie skórzane walizki w starodawnym stylu, mokasyny, czapkę myśliwską i kurtkę pilota RAF-u z okresu II wojny światowej.
– Zawezwałem was – rozpoczął Dziekan po czym długo ziewnął – w celu omówienia wizyty zagranicznego gościa na naszym Wydziale – i po kolejnym publicznym ziewnięciu usprawiedliwił się – zeszłej nocy spałem tylko 12 godzin, proszę wybaczyć.
– Ile godzin? – zapytał się ktoś z tłumu, anonimowo.
– O ty gnoju jeden! – ustalił autora pytania Pełnomocnik Dziekana do Niezadawania Pytań i przybliżywszy się do niego powiedział: – dopóki my tu jesteśmy, to o habilitacji możesz zapomnieć. Pan Dziekan 100 lat pracował nie śpiąc, a jak spał to z otwartymi oczami, więc ma obecnie prawo do dłuższego snu. Więc się gnoju nie odzywaj – powiedział do adiunkta przed habilitacją.
Panowie – zwrócił się dziekan do mężczyzn i kobiet zasiadających w auli 601 – zostawmy to i skupmy się na temacie zebrania. Niedobrze byłoby, żeby nasz amerykański kolega wyjechał od nas z niczym. To ornitolog. Bada ptaki. Podobno wybitny. – powiedział Dziekan i zapalił papierosa bez filtra prosząc wcześniej ochronę o wyłączenie systemu antypożarowego. – Chodzi o to, żeby był zadowolony, bo to na przyszłość ułatwi nam kontakty międzynarodowe.
– A ta Ameryka to niby gdzie leży? – zapytał asystent.
– Lepiej byś zapytał gdzie nie leży – ofuknął go Pełnomocnik Dziekana do Niezadawania Pytań, i uderzył go w twarz przy ludziach, a dźwięk z tego uderzenia rozległ się po auli. Pełnomocnik też palił papierosa, ale z filtrem.
– Przechodząc do konkretów – powiedział Dziekan – do jutra do 12:00 każdy pracownik ma przynieść dwa ptaki różnego gatunku do mnie do gabinetu. Im bardziej egzotyczne tym lepiej, żeby mi wszyscy kur nie przynieśli, bo gabinet Dziekana nie kurnik! – podkreślił. I żeby mi to ptactwo nie srało.
– a perliczka może być? – zapytał jeden z profesorów.
– Ale jaka? – zapytał Dziekan.
– Soplowata meleagris mitratus.
– A to może być.
Pracownicy udali się do swoich domostw w celu pozyskania ptactwa. Część nie bardzo wiedziała jak to oznajmić swoim małżonkom. Łapali wszystko co lata, albo próbuje latać. Stąd też 90% ptactwa przyniesionego na Wydział stanowiły kury i gołębie. Ponadto perliczka soplowata, łabędź, cietrzew, bażant. Przyniesiono też bobera, ale dziekan po konsultacji z Dziekanem Wydziału Biofiglologii uznał, że bober nie jest ptakiem, choć na pierwszy rzut oka tak może wyglądać.
I odbyło się drugie zebranie w auli 601, w trakcie którego każdy pracownik miał zaprezentować ptaki, które przyniósł. Kolejno do mównicy podchodzili wykładowcy akademiccy meldując na ogół: kura – gołąb, gołąb – kura, kura – kura, gołąb – gołąb.
Dziekan nie wytrzymał i powiedział – czy tylko na kury i gołębie was stać, tak po minimum? Przecież to będzie wstyd dla Wydziału przed zagranicznym profesorem! To się źle skończy w perspektywie ewaluacji. Nie macie innych, wyżej punktowanych ptaków? – zapytał.
– Ja mam łabędzia, ale zdechniętego, może być? – zapytał pracownik.
– Jasne, że tak, ważne, żeby to w statystykach dobrze wypadało.
– Z całym szacunkiem panie dziekanie, powiedział Pełnomocnik Dziekana do Niezadawania Pytań, ale nasz amerykański kolega nie przyjechał do nas, żeby badać kury i gołębie. Oni tam u siebie mają tyle tego, że nie nadążają z ich zjadaniem.
– A perliczka jest? Ta egzotyczna taka, z Afryki – zapytał Dziekan.
– Jest – potwierdziła jedna pani profesor.
– Interesujące to zwierzę, podobne do kury i gołębia, a jednak inne zasadniczo. Dobrze jest – kontynuował Dziekan. – Na początek pokażemy perliczkę, potem kurę, gołębia, a następnie kury i gołębie ucharakteryzowane na inne ptaki. Przefarbowanie, odpierzone, dopierzone – byle by tylko inaczej wyglądały.
– To się jakoś załatwi – odetchnął z ulgą Dziekan zwracając się do Pełnomocnika aby ten napełnił mu szklankę pożywną whiski, którą miał w zwyczaju spożywać w czasie pracy, bo po pracy nic nie pił. Tylko kładł się spać.
W gabinecie Dziekana zapanował smród drobiowy na niewyobrażalną skalę. W poszczególnych częściach gabinetu delikatnym łańcuszkiem przytwierdzone do ściany lub podłogi przebywały ptaki. W tym zafarbowano na różowo, niebiesko i fioletowo gołębie, kury z dorobionymi zębami oraz płetwami. No i ta perliczka. Na wszelki wypadek Dziekan trzymał w kartonie bobera.
– Panie dziekanie – przyszedł amerykański profesor – powiedziała sekretarka.
– Niech wejdzie – powiedział Dziekan w pośpiechu odpalając papierosa bez filtra.
– Have a seat – polecił Dziekan po czym zapytał: „kawa czy herbata”?
– Amerykański uczony zapytał: Don’t you have something stronger?
– Dziekan uraczony tym zapytanie wyciągnął spod biurka gąsiorek z samogonem. I tak pili przez trzy godziny.
W pewnym momencie amerykański uczony zapytał Dziekana o co chodzi z tymi ptakami uwięzionymi w jego gabinecie.
– No o co kaman? – rozluźnił się Dziekan przechodząc wcześniej na „ty” z Amerykaninem. Przecież to ukłon w stronę amerykańskiej ornitologii.
– Zaszła pomyłka, częściowo z mojej winy, je jestem orientalistą.
– A to sporo zmienia – dopił Dziekan i nalał sobie kolejną szklankę, mrucząc pod nosem: jak wstyd, jaki wstyd…
Zostaw komentarz