– Gdzie się pcha? To winda służbowa – krzyknął krępy pielęgniarz w pokrwawionym kitlu ocierając pot z czoła lewym ramieniem.
– Przepraszam, chciałem zjechać na dół do rozmieniarki. Skończyły się nam dwuzłotówki na telewizor. – Powiedziałem.
– O tej godzinie? – zapytał pielęgniarz. Kino nocne, czy co?
– Kolega ma nad ranem operację i twierdzi, że oglądanie horrorów przed wyjazdem na salę operacyjną go dostatecznie dobrze psychicznie znieczula. – odpowiedziałem.
– Ta jasne, wchodź pan zatem. – skinął pielęgniarz wyjmując nogę z wejścia do windy, umieszczając mnie w kącie między łóżkiem szpitalnym a swoim asystentem.
W windzie panował półmrok. Żarówka raz przygasała raz rozświetlała się ale nie na tyle by móc zobaczyć cały wagonik windy. Zauważyłem, że na łóżku szpitalnym leżało kilku pacjentów. Jeden na drugim.
– Można tak transportować pacjentów? – zapytałem pielęgniarza.
– Można, odpowiedział i zgasił papierosa pocierając o niego butem o podłogę windy. – A nawet trzeba – powiedział ponosząc wysoko brwi. Jesteśmy rozliczani z osobokursów, nie opłaca nam się zwozić do piwnicy po jednym pacjencie. Zawsze bierzemy po trzech lub czterech. Przy pięciu nam się zwalają na podłogę.
– Dlaczego w środku nocy do piwnicy? – zapytałem.
– Ale ciemniak – powiedział pielęgniarz w zakrwawionym kitlu do swojego pomocnika, który siedział skulony w kłębek w kącie windy. – Nie wszystkie operacje się udają. I co – mamy udawać, że się udało i te półtrupy rozmieszczać w salach dla jako tako zdrowych pacjentów? Żeby ich jeszcze bardziej zestresować? – kontynuował pielęgniarz odpalając kolejnego papierosa bez filtra. W tym czasie jego pomocnik pociągnął sobie z małpki. Dla wzmocnienia psychiki – jak sam powiedział. Orzechówka 39 procent.
– Parter, tu jest rozmieniarka. Pan wysiada. My jedziemy dalej. – powiedział pielęgniarz.
– Ale czy muszę? – zapytałem. Zawsze chciałem wiedzieć co dzieje się z przypadkami nieudanych operacji w szpitalach publicznych. Chętnie z panami pojechałbym piętro niżej. – powiedziałem licząc na pozytywną odpowiedź.
– Jedź pan, nam wszystko jedno, tylko bez żadnych emocji, krzyków, szlochów na miejscu. My lubimy spokój w swojej pracy. Przywykliśmy do swojej pracy i bardzo ją lubimy. Nie zarabiamy dużo, ale też nikt do nas nie ma pretensji jak coś zawalimy. No i można w pracy pić i palić, bo wszyscy na czele z ordynatorem wiedzą, że mamy przerąbane. Nocna winda z ciałami nieudanych operacji – nikt nie chce się z nami zamienić na tę pracę. On pije, ja palę nałogowo. Taki dream team szpitalny. – rzekł śmiejąc się pielęgniarz.
– A co się później dzieje z tymi nieudanymi pacjentami? – pytam z ciekawości.
– To różnie, jedni się nagle wybudzają i twierdzą, że żyją i potrzebują pomocy. To ewidentnie wynik błędów lekarskich i złej diagnozy. Tłumaczymy im wtedy, że ten parter to zaproszenie do najbardziej specjalistycznej opieki medycznej. Większość to łyka. Kierujemy ich potem na oddział i wtedy lekarz ich doprowadza do pionu i mówi, że niewiele brakowało, aby się wyhuśtali. Leczymy ich dalej dla świętego spokoju. A reszta? Sam pan rozumie. Znika z ewidencji NFZ.
– Jak tak można żyć? – pytam dramatycznie.
– Ano można – powiada pielęgniarz. – Jak tylko przyjmują pacjenta na oddział wiem, czy będę go zwozić windą do piwnicy o północy czy nie. To kwestia wieloletnich doświadczeń i wrodzonej intuicji. Błędy lekarskie są i będą, kto z nas ich nie popełnia. Chodzi o to, żeby ich nie nagłaśniać, skoro jest tylu skutecznie wyleczonych. To na nich powinniśmy koncentrować swoją uwagę i wdzięczność.
Zostaw komentarz