Pamiętam czasy, kiedy wszystko było tajemnicą wojskową. Nie wolno było fotografować nawet wychodków dworcowych, bo „wróg czuwał” i zabierano aparat fotograficzny, a „szpiega” wsadzano do kozy.

Teraz się wszystko odwróciło. To fakt, że nie ma co ukrywać, gdzie jest most, a gdzie dworzec, bo kazdy to wie, może sprawdzić w internecie, albo z drona. A wojskowi ze sputników.

Oczywiście pozostaje jeszcze wydarzenia dla sputników tajemnicze, jak np, katastrofa w Smoleńsku i niby to nikt nie wie: brzoza, wybuch, czy jakaś inna przyczyna. „Cicho sza, wszystko tajemnica” – jak by powiedział nieodżalowany Bohdan Smoleń.

Ale czy przypadkiem nie przechodzimy na drugą i złą stronę mocy?

Mnie denerwuje kiedy nasz minister obrony opowiada czego i ile kupiliśmy tu i tam, za jakie pieniadze i co wysyłamy na Ukraine i w jakiej ilości. Pewnie, że to jest już wiadome przeciwnikom, ale może nie odbierać jednak chleba szpiegom i wywiadowcom. I nie wszystko tak „kawa na ławę”.

Choć z drugiej strony – jakie to ma znaczenie, że posłaliśmy wiadomymi drogami czołgi i broń na Ukraine i że zaczynamy szkolić Polaków do samoobrony i obrony kraju, skoro Putinowi wystarczy jeden dzień, aby wyłączyć nasze koleje z ich biegu, bo zepsuła się elektronika i przewerbowaniu 180 kontrolerów lotu, aby 'zamknąć polskie niebo”.

Dodajmy jeszcze e-rywalizację wszystkich dziennikarzy, których ambicją jest dotrzeć do „nieoficjalnych informacji” o zbrojeniówce i podać ją do publicznej wiadomości. Bez obawy, że grozi za to sąd wojskowy i – w najlepszym przypadku – odsiadka, a w najgorszym sznur na szyi.

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.