W odległej galaktyce, zwanej czasem dla niepoznaki polskim Sejmem, nastąpiło wydarzenie godne kronik imperialnych. Oto towarzysz Włodzimierz Czarzasty doczekał się władzy marszałkowskiej. A gdy tylko spoczęła w jego dłoniach, sala obrad zaczęła przypominać nieco salę tronową Imperium.
Marszałkowskie krzesło, choć formalnie nie jest tronem, ma jednak pewne cechy tronu. Siedzi się wyżej, mówi się donośniej, a przycisk wyłączający mikrofon działa z precyzją godną technologii Gwiazdy Śmierci. Gdy marszałek spogląda znad okularów na posłów, niektórzy przysięgają, że słyszą w tle delikatne brzęczenie… jakby elektrycznych błyskawic.
Czarzasty nie musi nawet podnosić głosu. Wystarczy lekkie uniesienie brwi i spokojne: „Proszę wyłączyć mikrofon panu posłowi”. Wtedy po sali przechodzi dreszcz, jakby ktoś właśnie użył Mocy – tej administracyjnej, regulaminowej, paragrafowej.
Niektórzy twierdzą, że to tylko rutyna parlamentarna. Inni widzą w tym subtelną sztukę panowania nad chaosem. Bo trzeba przyznać: opanowanie sejmowej sali bywa trudniejsze niż rządzenie galaktyką. W Imperium przynajmniej szturmowcy słuchali rozkazów.
Marszałek Czarzasty zdaje się jednak radzić sobie całkiem nieźle. Jednym ruchem dłoni przywraca porządek, drugim skraca wystąpienia, a trzecim – symbolicznym – przypomina posłom, że regulamin nie jest literaturą fantastyczną, tylko dokumentem obowiązującym.
Najbardziej jednak w tej imperialnej roli widać go wtedy, gdy na horyzoncie pojawia się temat Pałacu Prezydenckiego. Wówczas marszałek przyjmuje ton godny galaktycznego władcy i z powagą Imperatora podejmuje krytykę głowy państwa. Nie są to już zwykłe uwagi polityczne – raczej starannie wygłaszane komentarze, które mają w sobie coś z teatralnej sceny w senacie Republiki.
Jedni mówią: normalna parlamentarna polemika. Inni twierdzą, że to już niemal rytuał politycznej galaktyki – gdy Imperator z mównicy przypomina, że władza polega nie tylko na przewodniczeniu obradom, ale także na komentowaniu tych, którzy mieszkają po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia.
Gdyby więc ktoś zapytał, czy mamy dziś w polskiej polityce imperatora – odpowiedź powinna być spokojna. Nie imperatora. Co najwyżej marszałka z lekką skłonnością do galaktycznej dramaturgii.
Zostaw komentarz