Naród musi być wspólnotą wartości i interesów, bo gdy przestaje nią być, wchodzi na drogę unicestwienia. Ileż razy w naszej historii musimy przerabiać tę samą lekcję, zanim wreszcie zrozumiemy, że państwo można zniszczyć nie tylko obcą armią, ale również od środka, przez rozbicie więzi łączących jego obywateli?
W XVII wieku innowiercy i przeciwnicy ówczesnego porządku politycznego szukali oparcia w obcych potęgach, a Rzeczpospolita stała się areną najazdów szwedzkich, siedmiogrodzkich, moskiewskich i brandenburskich. Wojny, zdrady i wewnętrzne konflikty doprowadzały kraj na skraj katastrofy. Rozbiory nie były wyłącznie skutkiem siły sąsiadów. Były również konsekwencją naszych słabości, egoizmów i niezdolności do zbudowania trwałej wspólnoty politycznej.
Trzeba było pokoleń, powstań, prześladowań i przelanej krwi, by w 1918 roku Polska wróciła na mapę Europy. Na nieco ponad dwadzieścia lat odzyskaliśmy własne państwo, choć nawet wtedy nie potrafiliśmy całkowicie przezwyciężyć podziałów. Potem przyszła wojna, okupacja i komunistyczne zniewolenie.
W PRL również nie udało się zbudować prawdziwej wspólnoty. Istniała Polska podporządkowana Moskwie, której aparat władzy próbował narzucić społeczeństwu obcą ideologię, oraz Polska ludzi, którzy bronili niepodległości, wolności i narodowej tożsamości.
Dlaczego więc dzisiaj, po odzyskaniu niepodległości, ponownie pozwalamy sobie odbierać to, co powinno być najcenniejsze, czyli poczucie przynależności do jednej wspólnoty narodowej?
Obecna władza nieustannie dzieli społeczeństwo i rozbudza najgorsze emocje. Oczywiście demokracja
bez sporów byłaby fikcją. Jednak tu chodzi o coś znacznie poważniejszego: o świadome przekształcanie politycznego sporu w konflikt moralny, w którym przeciwnik przestaje być człowiekiem mającym inne zdanie, a staje się wrogiem, którego należy upokorzyć, wykluczyć i pozbawić prawa do współdecydowania o losach kraju.Tym sposobem połowa narodu jest zagrożeniem dla drugiej połowy.
Dlaczego tak łatwo Tusk rozbudza negatywne emocje? Bo strach, gniew i pogarda potrafią mobilizować skuteczniej niż rozsądna rozmowa o przyszłości. Człowiek przestraszony chętniej szuka wroga, człowiek rozgniewany rzadziej zadaje trudne pytania, a człowiek przekonany o moralnej wyższości własnego obozu łatwiej usprawiedliwia jego błędy.
To mechanizm politycznie użyteczny. Jeśli wyborca żyje w przekonaniu, że zwycięstwo przeciwnika oznacza katastrofę, przestaje oceniać rządzących przez pryzmat ich rzeczywistych osiągnięć. Nie pyta już, czy spełnili obietnice, czy poprawili sytuację gospodarczą, czy zadbali o bezpieczeństwo i czy przestrzegają prawa. Wystarczy mu, że po drugiej stronie stoi wróg, którego trzeba za wszelką cenę zniszczyć.W ten sposób polityczna odpowiedzialność ustępuje miejsca plemiennemu odruchowi. Wspólny interes państwa i społeczeństwa schodzi na dalszy plan, bo najważniejsze staje się zwycięstwo nad własnym rodakiem.Im silniejsza nienawiść między obywatelami, tym trudniej zbudować porozumienie ponad podziałami, a tym łatwiej politykom utrzymać własny elektorat w stanie permanentnej mobilizacji.
Skłócone społeczeństwo traci zdolność do wspólnego działania. Zamiast rozmawiać o bezpieczeństwie, demografii, ochronie zdrowia, energetyce, rozwoju gospodarczym i przyszłości , bez końca rozlicza się symbole, gesty i słowa politycznych przeciwników. Każda kolejna awantura przykrywa poprzednią, a emocje zastępują odpowiedzialność.
Polska nie jest nagrodą za zwycięstwo wyborcze. Jest dobrem wspólnym również tych, którzy głosowali inaczej.
Patriotyzm zaczyna się tam, gdzie interes państwa stawiamy ponad interesem partyjnym. Kończy się zaś tam, gdzie dobro własnego obozu staje się ważniejsze od bezpieczeństwa, godności i przyszłości całego narodu.
Nasza wspólnota nigdy nie była doskonała. Ale istniało przekonanie, że są wartości ważniejsze niż doraźna korzyść, a Polska jest czymś więcej niż areną walki o władzę.
Dzisiaj znów stajemy przed pytaniem, czy potrafimy obronić to przekonanie. Czy społeczeństwo jest tak słabe i podatne na manipulację, że pozwoli politykom bez końca rozgrywać Polaków przeciwko Polakom? Czy naprawdę nie potrafimy odróżnić ostrego sporu od nienawiści, krytyki od pogardy, a patriotyzmu od partyjnej propagandy?
Dlatego trzeba mówić głośno: Polska nie jest zabawką polityków, jest wspólnotą ludzi, którzy mają prawo się różnić, ale nie powinni być zmuszani do wzajemnej nienawiści. Bo Polska nie może być kartą przetargową w brudnych, oślizgłych łapskach politycznych cyników takich jak Tusk ze swoją nikczemną ekipą.
Zostaw komentarz