Donald Tusk znowu sięgnął po telefon i nagrał filmik. Tym razem sprawa jest wyjątkowo prosta. Paliwo jest drogie, bo prezydent nie podpisał ustawy. Premier więc apeluje do Karola Nawrockiego, żeby podpisał przepisy dotyczące opodatkowania nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych. Według rządu wpływy z tego podatku, szacowane na około 4 mld zł, mają pomóc finansować działania mające obniżyć ceny paliw.
I można by się z politowaniem uśmiechnąć, gdyby nie to, że za tym filmikiem stoją realne pieniądze i realne problemy milionów Polaków.
Bo oto mamy państwo, w którym premier zamiast powiedzieć:
„Oto mój plan. Oto jego skutki. Oto dlaczego Polacy zapłacą mniej za paliwo”
mówi przede wszystkim:
„Prezydent nie podpisał”.
To bardzo wygodna polityka.
Paliwo drogie? Prezydent.
Ustawa nie weszła w życie? Prezydent.
Nie ma pieniędzy na kolejne działania? Zaraz znajdzie się ktoś, kto będzie winny.
Tyle że rząd rzeczywiście zaproponował specjalny podatek od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych. Ma on wynosić 60 proc. nadzwyczajnego zysku, a wpływy mają sięgnąć około 4 mld zł. Rząd przekonuje, że pieniądze pomogą finansować działania osłonowe związane z cenami paliw.
Ale jest druga strona tej historii.
Kancelaria Prezydenta wskazuje, że w nowej wersji ustawy nadal pozostają zastrzeżenia konstytucyjne. Chodzi między innymi o to, że podatek ma obejmować zyski osiągnięte od 1 marca 2026 roku, podczas gdy ustawa ma wejść w życie dopiero 1 listopada. Kancelaria określa to jako rozwiązanie o charakterze retroaktywnym. Ostateczna ocena zgodności ustawy z Konstytucją należy oczywiście do Trybunału Konstytucyjnego.
I tutaj zaczyna się prawdziwy problem.
Dobra ustawa ma być zgodna z prawem, przewidywalna i skuteczna. Dlaczego oni nie potrafią napisać dobrej ustawy?
Jeżeli rząd zabiera koncernom część pieniędzy, a następnie z tych pieniędzy finansuje obniżanie podatków i działania osłonowe, to mamy niezwykle skomplikowaną operację.
Najpierw zabrać.
Potem rozdzielić.
Później dopłacić. A wystarczy obniżyć VAT i inne obciążenia nałożone na paliwo.
I tak właśnie coraz częściej wygląda rządzenie.
Zamiast mniej biurokracji mamy kolejne mechanizmy.
Zamiast prostszego systemu mamy kolejne podatki.
Zamiast odpowiedzialności za efekty mamy konferencję i wskazywanie winnego.
A przecież Tusk nie jest komentatorem wydarzeń. Jest premierem.
To zasadnicza różnica.
Premier nie powinien codziennie tłumaczyć Polakom, dlaczego czegoś nie może zrobić. Powinien pokazywać co zrobił i jaki przyniosło to efekt.
Minęły już prawie trzy lata od powrotu Tuska do władzy. Polacy mieli słyszeć o wielkim porządkowaniu państwa, naprawianiu gospodarki, poprawie jakości życia i rozwiązaniu problemów, które poprzednicy rzekomo potrafili tylko pogłębiać.
A dzisiaj dostajemy kolejny filmik.
„Prezydencie, podpisuj”.
Naprawdę?
Czy po to wybiera się premiera, żeby nagrywał filmiki i szukał winnego?
Bo skoro mamy gigantyczny deficyt, problemy finansów publicznych, narastające problemy ochrony zdrowia, wysokie ceny i niepewność przedsiębiorców, to chciałoby się wreszcie usłyszeć od premiera coś więcej niż kolejną opowieść o tym, czego nie zrobił prezydent.
Kto odpowiada za gigantyczny deficyt?
Prezydent?
Kto odpowiada za problemy służby zdrowia?
Prezydent?
Kto odpowiada za drożyznę?
Prezydent?
Kto odpowiada za politykę gospodarczą państwa?
Też prezydent?
A może… Miś Yogi?
Bo jeżeli za każdy problem rządu ma odpowiadać ktoś inny, to za chwilę zabraknie już tylko konferencji prasowej, na której premier ogłosi, że prezydent odpowiada również za pogodę i tegoroczny nieurodzaj grzybów.
Tusk dostał władzę po to, żeby rządzić.
Nie po to, żeby nagrywać głupawe filmiki.
Zostaw komentarz