Oto nadeszła chwila, w której naród polski, od wieków karmiony Sienkiewiczem, Prusem i Żeromskim, stanął przed zwierciadłem własnej wrażliwości. Nowa ekranizacja „Lalki” – dzieła, które niegdyś przerabiano w szkołach z drżeniem głosu i nabożeństwem – wywołała falę oburzenia godną największych skandali obyczajowych. Krytycy, nauczyciele i strażnicy czystości języka podnieśli krzyk, że oto wulgaryzmy zalały salony Wokulskiego, że obsceniczność wtargnęła do kamienicy Łęckich, że duch Prusa został zbrukany.
A jednak właśnie w tym rzekomym zbrukaniu kryje się zbawienna siła. Warto więc przyjrzeć się bliżej, dlaczego bluzg, ten niepozorny kwiat polskiej mowy, zasługuje na obronę, a nowa „Lalka” – na uznanie.
Część pierwsza, w której zarzuty kruszeją pod naporem postępu
Zarzuca się nowej ekranizacji, że jest wulgarna i obsceniczna. Że bohaterowie, zamiast snuć wyrafinowane dialogi o miłości i kapitalizmie, posługują się słownictwem, które jeszcze niedawno słychać było jedynie na bazarach i w koszarach. Że scena, w której Wokulski wyraża swe uczucia do Izabeli za pomocą konstrukcji zdaniowej pełnej mięsistych epitetów, razi uszy przyzwyczajone do dziewiętnastowiecznej elegancji. A jednak właśnie tu leży największa zasługa twórców.
Oto bowiem „Lalka” przestaje być muzealnym eksponatem, a staje się żywa, pulsująca, współczesna. Młody widz, który dotychczas omijał Prusa szerokim łukiem, nagle rozpoznaje w Wokulskim siebie – człowieka sfrustrowanego, pełnego emocji, niebojącego się nazwać rzeczy po imieniu. Wulgarność nie niszczy dzieła – ona je uwalnia z kajdan szkolnego kanonu. Dzięki niej dziewiętnastowieczna Warszawa staje się miastem, w którym można usłyszeć prawdziwy, nieocenzurowany głos ulicy, salonu i sypialni. Czyż nie jest to najwyższa forma szacunku dla klasyki – oddać ją nowemu pokoleniu w języku, który to pokolenie rozumie i którym samo się posługuje?
Zarzuty o obsceniczność okazują się więc jedynie echem minionej epoki, w której uczucie musiało być zawoalowane, a gniew – schowany pod maską uprzejmości. Nowa ekranizacja zdejmuje tę maskę i pozwala bohaterom oddychać pełną piersią, nawet jeśli oddech ten jest nasycony słowami, od których niegdyś czerwieniły się policzki. W ten sposób Prus nie zostaje zbrukany – zostaje wskrzeszony, ożywiony, przywrócony życiu, które toczy się dziś, a nie sto pięćdziesiąt lat temu.
Część druga, w której bluzg staje się aktem autentyczności i wyzwolenia
Dzięki przeklinaniu stajemy się wreszcie autentyczni. Zrzucamy z siebie ciężkie, sukienne płaszcze patriarchalnych ograniczeń i społecznych tabu, które przez stulecia kazały nam mówić „przepraszam” zamiast „a niech to…”. W świecie, w którym każde uczucie było niegdyś maskowane kurtuazją, bluzg działa jak grom z jasnego nieba – rozdziera zasłonę pozorów i pozwala człowiekowi być sobą.
Od zawsze imponowali nam wulgarni prostaczkowie. Czyż nie podziwialiśmy Edka z „Tanga” Mrożka – tego uroczego barbarzyńcy, który wkraczał do salonu z butami oblepionymi błotem i słownictwem pełnym soczystych określeń, by obnażyć pustkę inteligenckich dysput? Edek był zwiastunem. Dziś wszyscy możemy być trochę Edkami – i właśnie to czyni nas wolnymi.
Klnąc, wychodzimy naprzeciw duchowi epoki i społecznym oczekiwaniom. Epoka bowiem nie znosi fałszu. Epoka żąda szczerości. A szczerość, jak wiadomo, najczęściej zaczyna się od słowa, którego nie wypada drukować w podręcznikach.
Bluzg staje się aktem odwagi cywilnej, gestem wyzwolenia spod dyktatury dobrego wychowania. Człowiek, który potrafi w odpowiednim momencie rzucić mięsistym epitetem, deklaruje światu: oto jestem taki, jaki jestem, bez retuszu, bez cenzury, bez udawania. W tej deklaracji kryje się głęboka wolność – wolność od lęku przed oceną, wolność od konieczności ciągłego dostosowywania się do norm, które dawno już straciły sens. Przekleństwo staje się wtedy nie oznaką prostactwa, lecz sztandarem autentyczności.
Część trzecia, w której bluzg okazuje się skarbnicą języka i narzędziem rozwoju
Co więcej, pokazujemy w ten sposób piękno i niezmierzone zasoby słownictwa języka polskiego. Czyż poloniści nie powinni pękać z dumy, słysząc, jak kreatywnie, jak melodyjnie, jak zaskakująco można łączyć ze sobą rdzenie, przedrostki i końcówki, by wyrazić najdrobniejszy odcień irytacji, zachwytu czy pogardy?
Bluzg to nie ubóstwo mowy – to jej barokowa obfitość. To werbalne fajerwerki, które rozświetlają szarość codzienności. Przeklinając, rozwijamy się intelektualnie. Umysł, zmuszony do błyskawicznego dobierania najtrafniejszego określenia, staje się sprawniejszy, bardziej elastyczny, gotowy na każde wyzwanie retoryczne.
Jednocześnie odreagowujemy stres i negatywne emocje. Zamiast gromadzić je w sobie, jak czynili to nieszczęśni neurastenicy dziewiętnastego wieku, wypuszczamy je na wolność w postaci dźwięcznych, pełnokrwistych fraz. Odreagowujemy na wrogach i innych – tych, którzy nas zawiedli, tych, którzy nas nie docenili, tych, którzy po prostu byli w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.
Jest to swego rodzaju forma psychoterapii, tańsza niż gabinet i dostępna o każdej porze dnia i nocy. Wystarczy otworzyć usta. W tej werbalnej burzy oczyszcza się nie tylko gardło, lecz cała psychika. Człowiek, który potrafi barwnie przekląć, jest człowiekiem, który nie dusi w sobie jadów – a przecież właśnie duszenie jadów prowadziło niegdyś do melancholii, histerii i przedwczesnej śmierci.
Część czwarta, w której bluzg staje się oznaką postępu i wyższego poziomu
I wreszcie – przeklinanie stało się dziś oznaką postępowego człowieka na poziomie. Ten, kto potrafi barwnie, z klasą i bez zahamowań posłużyć się słownictwem niegdyś zakazanym, daje do zrozumienia, że wyzwolił się z drobnomieszczańskich kompleksów, że jest otwarty, nowoczesny, wolny od przesądów. W świecie, w którym cenzura moralna uchodzi za relikt, a spontaniczność za cnotę, bluzg jest biletem wstępu do towarzystwa ludzi świadomych.
Nowa ekranizacja „Lalki” idzie więc po prostu z duchem czasu. Nie profanuje Prusa – ona go aktualizuje. Nie niszczy tradycji – ona ją przedłuża, dając jej nowe, soczyste życie.
Spójrzmy bowiem na współczesne salony, kawiarnie uniwersyteckie, redakcje i fora internetowe. Tam, gdzie jeszcze niedawno królowała ostrożna poprawność, dziś rozbrzmiewa swoboda słowa w najpełniejszym wydaniu. Człowiek, który w odpowiednim momencie potrafi rzucić celnie dobranym, wielopiętrowym określeniem, nie jest już uważany za prostaka – przeciwnie, uchodzi za osobę wyzwoloną, autentyczną, stojącą po właściwej stronie historii. Bluzg stał się wyróżnikiem elit postępu, znakiem rozpoznawczym tych, którzy odrzucili skostniałe normy i wybrali szczerość za wszelką cenę.
W tym kontekście nowa „Lalka” nie jest skandalem – jest manifestem. Jest deklaracją, że klasyka nie musi pachnieć naftaliną, że wielka literatura potrafi mówić językiem ulicy, sypialni i internetowego komentarza, nie tracąc przy tym ani krzty swojej wielkości. Twórcy ekranizacji zrozumieli to, czego nie pojęli jeszcze niektórzy strażnicy czystości: że język żyje tylko wtedy, gdy wolno mu być niegrzecznym, niebezpiecznym i pełnokrwistym. I właśnie dlatego ich dzieło zasługuje nie na potępienie, lecz na uznanie.
Finałowe spłukanie tabu
Tak więc chwalmy bluzg i chwalmy tych, którzy mieli odwagę wpuścić go do salonu Wokulskiego! Bo w jego pozornie prostackim brzmieniu kryje się wolność, autentyczność, bogactwo języka i zbawienna terapia dla naszych znerwicowanych czasów.
A gdy następnym razem usłyszycie z ekranu słowo, od którego niegdyś czerwieniły się uszy, nie odwracajcie wzroku ze wstrętem. Raczej uśmiechnijcie się z zrozumieniem. Oto bowiem przemawia do was nie wulgarność – przemawia postęp.
Zostaw komentarz