Znam tę chorobę bardzo dobrze, bo przez lata obserwowałem jak zmagał się z nią mój nieżyjący już niestety Tata. Z dzisiejszej perspektywy i mając dzisiejszą wiedzę wiem, że poza psychiatrą był mu potrzebny zapewne również psycholog. Na szczęście wiedzieliśmy (moja Mama i ja), że nie należało mówić Ojcu, żeby „wziął się w garść”, albo „wziął się za siebie”, bo to jest dokładnie to, czego nikt chorujący na depresję nie jest w stanie zrobić. Depresja Taty miała różne fazy – od łagodnej, przez taką, gdy nie byłem pewien czy następnego dnia Ojciec będzie w stanie wstać i pójść do pracy aż do takiej, gdy się o Ojca najzwyczajniej w świecie bałem. Gdy się o niego bać nie musiałem, to nadal jednak bałem się, czy będzie w stanie dalej jeszcze udawać, że nic mu nie jest.

Ojciec miał bowiem przekonanie, że gdyby w MSZ dowiedziano się, że choruje na depresję natychmiast uznano by go za „wariata” i mógłby się z pracą pożegnać. W efekcie lekarza miał w Gdańsku, recepty miał wystawiane na nazwisko innej osoby, a gdy trzeba było leki wysyłać na placówkę to robiłem to tylko przez jedną zaufaną osobę spoza MSZ. Kiedyś skądinąd powiedziałem Tacie, że z tym ukrywaniem swojej depresji przesadza. Ojciec odparł, że nie mam pojęcia o czym mówię. Po latach, gdy sam trafiłem do naszej dyplomacji zrozumiałem, że Ojciec wcale nie przesadzał. W miejscu, w którym niemal nikt nikogo nie lubi, nie ma ani jednego porządnego człowieka i dobrego fachowca, o którym ktoś inny nie powiedziałby, że to świnia i miernota i ani jednej miernoty, o której ktoś inny nie mówiłby, że to człowiek wybitny, w miejscu, w którym donosy są normą, a wzajemne wykańczanie się zajmuje więcej czasu niż dyplomacja rzeczywiście lepiej się z depresją ukrywać. Kilka lat temu, już jako dziennikarz, przeprowadzając wywiad ze znanym psychiatrą opowiedziałem mu, to co powyższe i usłyszałem, że MSZ i ogólnie polska administracja państwowa dostarczają warszawskim psychiatrom wyjątkowo dużo pacjentów. I wszyscy się niezmiennie nadal bardzo starannie ukrywają.

Depresja to tymczasem nic wstydliwego. Na depresję chorowały setki wybitnych polityków, artystów, ludzi nauki etc. Ludzie z depresją są intelektualnie sprawni, tylko cały czas wisi nad nimi taka wielka, ciemna chmura i wielki smutek. Człowiek z depresją (poza oczywiście jej skrajnymi formami) jest w stanie udawać, że nic mu nie jest, ale każdy poranek to walka o to, by nie zostać w łóżku, bo ludziom chorym na depresję czasem najtrudniej jest właśnie wstać z łóżka. Chyba najgorsze jest jednak udawanie. Myślę czasem, że gdyby nie konieczność udawania chmury, które przez lata wisiały nad moim Tatą może by się przerzedziły.

Ja, po latach „treningu” ludzi z depresją czasem potrafię rozpoznać. Czasem po oczach, które uciekają, czasem po zmęczeniu w głosie, czasem po tym, że ludzie podejmujący dziennie dziesiątki, nieraz bardzo ważnych, decyzji nagle nie są w stanie wybrać jednego z dwóch miejsc do zaparkowania, albo jednego z kilku napoi z menu, bo są już tak zmęczeni tym, co ludzi zdrowych nie męczy (np. podejmowaniem decyzji), że w chwili odprężenia zapadają się w sobie.

Nie namawiam nikogo do „coming outu”, bo nie wszędzie jeszcze chyba można, a tam, gdzie mobbing jest normą może się to odbyć kosztem kariery. Z drugiej strony może czasem – dla higieny psychicznej – warto uciec od toksycznych miejsc i środowisk. O ile jest dokąd uciekać. O tym w jakim miejscu pracy można się do depresji przyznać każdy musi sam zdecydować, ale nawet jeśli ktoś się ukrywa to warto by przynajmniej rozumiał, że nie musi się wstydzić swojej choroby. Powody do wstydu mają jedynie ci z racji, których chorzy się ukrywają.

Namawiam też do szukania tych, który rozumieją. Nie zastąpi to ani psychiatry, ani antydepresantów, ani porządnego psychologa, ale czasem może choć odrobinę pomoże.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)