26 lat temu, 17 sierpnia 1998 roku, w wypadku pod Przybierowem, zginęło dwóch naszych mistrzów olimpijskich, Tadeusz Ślusarski (skok o tyczce) i Władysław Komar (rzut kulą). Z tym drugim byliśmy sąsiadami.

….. Z moim Mikołajem, wtedy 12-latkiem, poszliśmy na AWF pograć w piłkę. Wcześniej była rozgrzewka i usłyszałem, jak ktoś woła „Mikołaj-nie tak!”. Rozejrzałem się po boisku i zobaczyłem wielkiego chłopa, też z nastolatkiem. To był Władysław Komar ze swoim nastolatkiem, też Mikołajem. Szybko wyjaśniliśmy sobie, że ten okrzyk skierowany był do „jego” Mikołaja. A wielki chłop zaproponował, bym sobie posiedział na ławeczce, „a już nimi się zajmę”. I zaczął z małolatami lekkoatletyczny trening, rozciąganie mięśni, przebieżki i inne wygibasy.

…Tak, to był TEN Władysław Komar, mistrz olimpijski z Monachium w rzucie kulą. Po tamtym sukcesie poznała go cała Polska, prawie 2-metrowe chłopisko z furą włosów na głowie. Był wybitną osobistością nie tylko w sporcie, ale w wielu innych dziedzinach. Zaczynał od boksu, ale zrezygnował po nokaucie, którego doznał w meczu z Włochami. Świetnie zbudowany, przystojny atleta o urodzie gwiazdora filmowego był jednocześnie czołowym polskim playboyem, toteż zbierał mniej pochwał, odznaczeń i listów gratulacyjnych, a więcej nagan…

Okazało się, że mieszkał obok, na Bielanach. A więc od czasu do czasu spotykaliśmy się ze swoimi Mikołajami, na AWF-e. I wiedziałem, że mój jest w dobrych rękach. Wymyślał dla nich coraz to nowe zajęcia, ja w tym czasie miałem trochę spokoju. Chwalił się, pamiętam, swoją żoną Marysią nie wiedząc, że poznałem jego pierwszą żonę, Małgorzatę Spychalską (córkę marszałka Polski), telewizyjną scenografkę. No i bardzo kochał syna.

O prywatnych sprawach nigdy nie rozmawialiśmy, mało też o sportowych, bo nie byłem dla Władka partnerem (już po pierwszym spotkaniu przeszliśmy na „ty”). Pamiętam tylko jedno jego opowiadanie, które najpierw potraktowałem jako żart, ale to nie był żart. Po złotym medalu w Monachium, następnego dnia ktoś puka do hotelowego pokoju i wchodzi ówczesny szef polskiego sportu Włodzimierz Reczek. Ze śniadaniem na tacy.

– Myślałem, że to mi się śniło. Ale Reczek, który nie wierzył w mój sukces powiedział wcześniej, że jeśli wygram ten konkurs, to on mi przyniesie śniadanie do łóżka. I dotrzymał słowa – wspominał Władek.

Różnie toczyło się życie Komara – zagrał w kilkunastu filmach, Tadeusz Drozda „wkręcił” go w nasz show-biznes, czyli kabaretowe życie. W tzw. międzyczasie założył na naszych Bielanach klub „Amadeusz”, w którym bywałem do czasu do czasu, próbował też życia w polityce, ale na szczęście mu nie wyszło: startował do sejmu z Polskiej Partii Przyjaciół Piwa, bezskutecznie.

To był bardzo przyjacielski facet. Zginął, jak żył – szybko: w katastrofie samochodowej.

PS. Nasi Mikołajowie nie podzielili nauk Władysława Komara: nie pracują na sportowych stadionach.

Autor: Andrzej Bober
Polski dziennikarz z dyplomem magistra ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego. Jak ktoś pamięta LISTY O GOSPODARCE, to dobrze.Jak nie to przeżyję. Mam swoje lata, więc przed funkcjami zawsze będzie – „były” redaktor ŻYCIE GOSPODARCZE, ŻYCIE WARSZAWY (w latach 90-tych redaktor naczelny), TVP (dziennikarzyna podniesiony później przez premiera T.Mazowieckiego do roli DYREKTORA GENERALNEGO, mało się sprawdził). Komentator radiowy i telewizyjny. Byłem członkiem Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie i pomagałem LW w przygotowaniu do debaty z A.Miodowiczem, która zapoczatkowała przemiany demokratyczne w Polsce. Właściciel firmy doradzającej gminom pozyskiwanie funduszy unijnych. Wykładowca akademicki.