Wieczorem. Jak upał ustał.

W drodze do Biedronki przewróciłem się o wielkiego aligatora. Na Górnym Rynku.

Wyszły ekspedientki z Lewiatana, żeby nie tyle pomóc, ale doradzać, co powinienem w tej sytuacji zrobić.

– Zadzwoń pan na 112 – powiedziała jedna, chyba kierowniczka sklepu.

– Albo przekonaj pan aligatora, że nie ma sprawy, i że się pan potknął bo np. był pod wpływem – rzekła praktykantka.

Powstałem, otrzepałem się z kurzu. Człowiek ma pod górkę w życiu i nawet jak idzie do Biedronki z górki, to musi go coś złego spotkać. Powiedziałem i kopnąłem z całej siły aligatora w brzuch.

– Za co to? – odparł aligator.

– Nie wiem, nie przywykłem do widoku aligatorów w tej okolicy, rozumiem, że gołębie, kawki, kosy, ostronosy a nawet gawrony, ale nie aligatory, toż to nie Afryka – wygrzmiałem.

– Walić twój komfort życiowy, mi też się tutaj nie chce być, po prostu wbiłeś się w nędzną sytuację i teraz się wyrażasz. Wiesz ile czasu zajmie mi powrót do Egiptu? Setki, jeśli nie tysiące dni. Zimy albowiem u was nie zniosą. Za zimno.

– To przepuścisz mnie? – zapytałem poruszony jego opowieścią.

– Nie wiem, muszę szefa zapytać – odpowiedział a ekspedientki z Lewiatana i ze Społem wyległy na chodnik.

– A szef gdzie jest? – zapytałem ostrożnie.

– Nie wiem, kierowniczka Lewiatana wie, ale pewnie nie powie. Ona o niczym nie mówi, tylko sprzedaje. Sprawy krajowe, a zwłaszcza międzynarodowe ją nie interesują – powiedział miejscowy, znający tutejszą rzeczywistość, rencista od 20 lat. Na wózku inwalidzkim, trzymając w ręce tanie mocne piwo za 3,49.

Niepotrzebnie zacząłem się wydzierać nawołując szefa, w zaistniałych okolicznościach aligator przestawał być problemem. Przyjechała straż miejska i zapytała o co mi chodzi, bo są skargi i doniesienia.

– Chciałem tylko rozmawiać z kierownikiem – odparłem stanowczo.

– Kierownikiem czego – zapytał funkcjonariusz wyjmując notatnik służbowy.

– Tego czegoś w ogóle, co tutaj jest, bo od 20 minut nie mogę dojść ani do Baru Kurczak, ani do Biedronki, bo ten aligator staje mi na drodze.

Tymczasem aligator oddalił się pod figurę Chrystusa Króla.

– Panie, my tu z gołębiami walczymy, a to, że co jakiś czas pojawia się aligator, to trudno. Sprawa marginalna zważywszy na statystyki. Przyszedł, to odejdzie, sam ze sobą się nie rozmnoży – powiedział funkcjonariusz. Jego młodsza asystentka zaśmiała się zakrywając usta dłonią.

– Dobra, już nigdzie z domu nie wychodzę, mam nauczkę. Co najwyżej do Społem na ulicy Regera. Po sałatę dla świnek morskich, bo ja sam nic nie jem.