Nie tylko ja prowadzę sprawy z prostym stanem faktycznym, które w I instancji trwają po 9 lat.

Na LinkedIn pojawił się tekst Pani radcy prawnej Agaty Dudy – Bieniek pt. „Bezsilność pełnomocnika”. Postanowiłem go tu wkleić, bo chociaż jest pisany dla profesjonalistów i też profesjonalizmy zawiera, to jednak pozwala zrozumieć (a przynajmniej mam taką nadzieję) ludziom spoza branży, dlaczego procesy trwają aż tak bardzo długo.

Porusza też inny problem: otóż czasami (a ostatnio coraz częściej) adwokat nie wie jak wytłumaczyć Klientowi, że jego prosta sprawa tak długo się ciągnie. A tym czasem taka sama sprawa, prowadzona przez innego adwokata w tym samym sądzie, która zaczęła się w tym samym czasie, jest już dawno zakończona! I sam adwokat zaczyna się zastanawiać, czy ten Klient mu wierzy, a może to on jest jakoś mało „sprawny”? A wszystko jest dziełem przypadku – sprawę tamtego adwokata sądził inny sędzia, albo nawet ten sam (ta sama) ale „wzięło jej się i obsądziło raz dwa!”.

Zachęcam do przeczytania.

„Piątek bez przymrużenia oka.

Prosta sprawa, składam pozew wraz z wnioskiem o udzielenie zabezpieczenia. Sąd nie rozpoznaje wniosku w terminie dla spraw pilnych, więc składam wniosek o przyspieszenie rozpoznania. Po kilku miesiącach sąd oddala wniosek o udzielenie zabezpieczenia. Roszczenie uprawdopodobnione, ale interesu brak.

W porządku, nie zgadzam się, składam zażalenie. Zażalenie braków nie posiada, ale sąd nie przekazuje zażalenia do wyższej instancji. Piszę, dzwonię, niestety bezskutecznie. Po roku składam skargę na przewlekłość postępowania (jak nie ma minimum rocznego opóźnienia brak szans na uwzględnienie). Po półtora roku w wyniku mojej skargi, sąd nadaje sygnaturę w sprawie zażalenia i… uznaje się niewłaściwy (oczywiste od początku, znów czekam na przekazanie).

Efekt? Minęło już powyżej pół roku od wniesienia skargi, a zażalenie nadal nie zostało przekazane. Dodatkowo – sama skarga na przewlekłość powyżej pół roku leży i czeka, niedługo złożę skargę na nieprzekazanie skargi. Dzwonię, piszę, składam kolejne wnioski, czekam. Czekam. Czekam.

Klienci chyba nie do końca wierzą w to, co mówię, a już na pewno nie raz zwątpili w to co robię.

I możemy sobie pięknie opowiadać o konieczności reformy sądownictwa, ale prawda jest taka, że obywatele coraz dłużej czekają na rozpoznanie ich spraw. Przy tak dużym wpływie spraw do sądów nie ma możliwości, aby sędzia wszystkie sprawy kończył na bieżąco. Spraw jest coraz więcej – sędziów raczej nie przybywa.

Czy realne zmiany są możliwe? A może to nasze podejście wymaga zmiany i zamiast sądu powinniśmy się udać do mediatora?”

Ten krótki tekst Pani Mecenas obrazuje proszę Państwa efekty populizmu prawnego w praktyce.

W Polsce na prawo nie patrzy się systemowo, nikogo nie obchodzi organizacja. Liczy się szybka odpowiedź na jakiś gorący medialny temat. Tak – piję tu głównie do Pana Ziobry, ale nie tylko. Sam Ziobro grzebał w systemie już ukształtowanym w ten sposób (czy ktoś pamięta np jak była wprowadzana np. „ustawa o bestiach”, czy ktoś pamięta dlaczego robotę stracił minister Ćwąkalski?).

W komentarzu do do tego tekstu mój kolega z czasów studenckich Przemysław Wierzbicki napisał, z czym nie wypada się nie zgodzić:

To jest ogólny problem sfery publicznej w naszym kraju – po prostu efektywność, tworzenie i doskonalenie procedur, poszukiwanie nowych rozwiązań (automatyzacja) to są pojęcia które w tej sferze się nie „przyjęły”. Obawiam się, że zwiększanie zatrudnienia tylko na krótką chwilę przyniesie poprawę, a potem wrócą stare problemy. Świat się zmienił, ale nasz „urząd” sprawiedliwości nie bardzo chyba chce to przyjąć do wiadomości…

Polskie sądownictwo ma m.zd. ten sam problem, który ma dyplomacja. Polski sędzia nie ma swojej sali i swojego zespołu. Do sądownictwa trafiają ludzie bez doświadczenia nie tylko życiowego, ale i organizacji pracy. Uczą się więc złych wzorców i je powielają. A jakie to złe wzorce?

Pomijając już problemy etyczne (jeden sędzia ciężko pracuje, kiedy inny bardziej markuje robotę i ten drugi jest za to – często tak bywa w życiu – awansowany), to chyba głównym problemem jest ten, że u nas zarządza się „referatem” a nie sprawami. W efekcie następuje centralizacja takiego zarządzania ze wszystkimi jej wadami – tu często las zasłania widok drzew (a czasami wręcz odwrotnie, jeżeli jakieś „drzewo” ma lepsze „chody” u leśnika).

Na koniec prawdziwa dykteryjka z mojej praktyki. Sąd w Lipsku, małym miasteczku na południu Mazowsza, sprawa karna. Nagle
sędzia zarządza 20 minutową przerwę, nie podaje przyczyny. Przechodzi do sali obok. Patrzę, a to sala cywilna. Wywołują sprawę. Za pół godziny sędzia wychodzi i wraca do sadzenia mojej? Moją zdziwioną minę sędzia komentuje: „Pan z Warszawy, to Pan nie wie, że u nas takie rzeczy to norma”.

To było kilka lat temu. Obecnie prowadzę sprawę karną w 12-tysięcznym Szydłowcu. Jeden Pan dał drugiemu po twarzy – tak przynajmniej wg prokuratury. Ostatnią rozprawę miałem w lipcu, następna jest w październiku.

Dziękuję za uwagę…