Obiecałam coś pogodnego i optymistycznego. W odcinkach. Żeby optymizm wlewać kropelkami.

Zaczyna się dramatycznie.
Pracowałam w „Twoim Dziecku”. Czytelniczki uważały to pismo za ostatni etap interwencji przed interwencją u Pana Boga. Uważały – jak to w latach 60/70, że redakcja i dziennikarze wszystko mogą. No – prawie wszystko.

Więc dostawałyśmy listy od zrozpaczonych mam, które błagały o pomoc w ratowaniu swoich ciężko, bardzo ciężko lub nieuleczalnie chorych dzieci. Jednym z takich dzieci był siedmiolatek, Piotruś K. Śliczny chłopczyk, który cierpiał na nieuleczalną w tamtym czasie chorobę; martwicę trzustki. I martwicę krężki jelita.

Martwica zaatakowała niemal całą trzustkę. Przeszczepów trzustki wówczas nie było (teraz są?). Martwica była gorsza niż rak, bo ani chemio- ani radioterapia nie wchodziły w grę. Dziecko cierpiało straszliwie. Morfina i nic więcej. Żadnej nadziei. Poza „Twoim Dzieckiem”.

Mama Piotrusia słyszała o francuskiej klinice leczenia schorzeń trzustki. No, ale gdzie w socjaliźmie francuskie kliniki? Dla jakichś Piotrusiów z Białegostoku? To było poza wszelkimi wyobrażeniami. Ale mimo to pomknęłam do francuskiej ambasady z prośbą, aby zatelefonowali do owej kliniki. Choćby o poradę, co polskie kliniki mogłyby zrobić. O ile mogłyby.

Pracownicy ambasady okazali życzliwość. Zatalefonowali. Klinika poprosiła o dokumentację choroby. Ambasada przesłała. Klinika odpowiedziała: nie widzi sensu w przewożeniu chlopczyka do Francji. Bo francuska klinika jest równie bezsilna jak polskie. A lepiej, jeśli dziecko umiera w ramionach matki niż w obcym kraju, nie rozumiejąc ani słowa z tego, co mowią lekarze czy pielęgniarki.

Nie miałyśmy odwagi przekazać tych słów matce. W końcu powiedziała o tym prof. Alina Askanas, nasza konsultantka. Mama płakała. My w redakcji też.

Po kilku tygodniach nadeszła wiadomość. Piotrus zachorował na ospe wietrzną. Bardzo cierpi, wysoka gorączka, lekarze uważają, że to już koniec. Tylko pani doc. Balukiewicz, bardzo stara lekarka, z bardzo dużym doświadczeniem i nasza autorka, dojrzała promyczek nadziei: Bywa, że choroby wirusowe, przebiegające z bardzo wysoką goraczką, powoduja albo śmierć, albo zahamowanie procesu nowotworowego, a także martwiczego. Jeśli Piotruś przeżyje ospe, to być może martwica nie będzie postępowała.

Nie bylo żadnych wiadomości. Uznalyśmy, że Piotrus jest już aniołkiem. Ale 1 września przyszedł list, w nim fotografia ślicznego chłopczyka, ale już nie z misiem, jak poprzednio, ale tornistrem. I dwa słowa „Piotr-uczeń”. Czyli stał sie cud.

Ospa zatrzymała martwicę. Piotruś wydobrzał, Może na krótko, ale jednak. Poszedł do szkoły. Mijały lata. Piotr miewał ciężkie ataki zapalenia trzustki. Ale wychodził z choroby za każdym razem i za każdym razem uchodziło to za medyczny cud.

Skończyl szkołe powszechną. Skończył liceum. Śledziłyśmy z zapartym tchem jego losy.

Mama Piotra, uprzedzana przez lekarzy, że cuda nie trwają wiecznie i że powinna urodzić następne dzieci „na w razie czego”, urodziła syna i córkę. Piotr śmiał się: „moje zapasowe rodzeństwo”. Był chłopcem pełnym witalności, radości życia, pasji poznawania, ciekawym świata i ludzi. Żył pośpiesznie. Jakby chciał przeżyć całe długie życie w krótkim czasie.

Dalszy ciag (zadziwiajaco optymistyczny) nastąpi. Teraz przyjaciółka Piotra (dostałam kilka tygodni temu jego zgodę na opisanie tej niezwykłej historii) idzie smażyć naleśniki.

To też optymistyczne, że osoba oklejona plastrami z Ibuprofenem smaży naleśniki. Ale Piotr modli się podobno o to, aby choćby czasem i choćby troszkę mogła funkcjonować. A Pan Bóg bardzo Piotra lubi, co smażąca naleśniki autorka tej niesłychanej biografii wykaże w następnych odcinkach.

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.