W internacie na Sienkiewicza żyło się całkiem nieźle, choć czasem mnie i siostrę dręczyła nuda. Szybko jednak nauczyliśmy się wspólnie nad nią panować i wymyślaliśmy różnego rodzaju niebezpieczne gry i zabawy. Pewnego dnia udało mi się zdobyć klucz do strychu. Poszliśmy tam z siostrą i ujrzeliśmy lagunę gołębich odchodów, kilka potłuczonych ptasich jajek i takie fajne małe okienko zamontowane na dachu. Ustaliliśmy, że wychodzi ono na ulicę Stalmacha, mniej więcej na wysokości zamontowanej tam skrzynki pocztowej. Przy pomocy metra krawieckiego skradzionego mamie udało się ustalić położenie tej, jak się później okazało „wylotni” pocisków względem tejże skrzynki. To było moje pierwsze samodzielne szkolenie wojskowe.
Wspólnie z siostrą, to znaczy ja to wymyśliłem i siostrę przekonałem, że może to być ważny punkt ataku na nieprzyjaciela. Którego nie lubimy, ale nie aż tak, żeby zabić, a jedynie (śmiesznie) zranić. Długo myśleliśmy nad rodzajem broni. Alicja proponowała cegły z podwórka, na szczęście ją powstrzymałem, choć chyba raz udało się jej ją zrzucić na chodnik. Na szczęście ofiar nie było.
Byłem wtedy w jako takiej komitywie z chłopakami z internatu. Jako syn kierownika miałem szczególne względy. Obiecali mi pewnego razu, że jak nie będę nic mówił Tacie, jakie filmy oglądają na magnetowidzie, to zrobią ze mnie kaskadera i antyterrorystę. Jak powiedziałem im, że żądam dowodów na wiarygodność tych zapewnień, jeden chłopak chwycił mnie za nogę i tak mnie trzymał przez okno na drugim piętrze głową w dół. Ale nie zesrałem się, choć trochę się bałem. Uznałem to za wystarczający dowód na ich dobre intencje.
Jeden z chłopaków, rozumiejąc naszą potrzebę wykorzystania tego tajemniczego okienka do ataków na innych ludzi, podpowiedział nam, że w kioskach „Ruchu” sprzedają takie balony nie dla dzieci. Znaczy prezerwatywy o nazwie „Eros”. I że podobno są mega wytrzymałe i można z nich robić po taniości setki bomb wodnych, które nikogo nie okaleczą, a jedynie nas rozbawią.
Nie pamiętam dokładnie jak to się stało, ale chyba chłopaki za pieniądze im przekazane, zakupiły kilkanaście „Erosów”. I tak zaczęły się nasze ataki na przechodniów. Siostra siedziała po przeciwnej stronie ulicy i gwizdała, gdy ja miałem upuszczać ładunek wybuchowy. Zamienialiśmy się rolami. W praktyce wyglądało to tak, że na sygnał, spuszczało się po dachu prezerwatywę wypełnioną wodą, która spadając na chodnik, wiadomo co.
Tak sobie czasem myślę, ile to nowych obywateli urodziło się w naszej PRL-owskiej ojczyźnie tylko dlatego, że z siostrą tak lekkomyślnie używaliśmy tego produktu niezgodnie z przeznaczeniem.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz