Ponieważ dziś temat katastrofy smoleńskiej jest grzany, to postanowiłem przypomnieć mój starszy tekst na ten temat:
Jaki był związek między polityką Donalda Tuska a Katastrofą Smoleńską?
Ano taki, że wolta Donalda Tuska w sprawie Nord Stream, o której napisałem poprzednio była częścią szerszej zmiany politycznej, kiedy Donald Tusk, małpując naiwne stanowisko niektórych państw Zachodu w sprawie polityki wschodniej postawił na „reset z Rosją”.
Jak wiemy – ów reset okazał się całkowitą katastrofą – Zachód nie uzyskał od Rosji nic, na co liczył, podczas gdy Rosjanie uzyskali czas i pieniądze na modernizację i wzmocnienie swoich sił zbrojnych, których cały czas używają do destabilizacji sytuacji w Europie i na świecie wbrew interesom kolektywnego Zachodu.
Koncepcja „resetu z Rosją” była całkowicie nie do przyjęcia dla obozu polskiej prawicy, który co do intencji Rosji nie miał nigdy żadnych złudzeń. Stanowisko prawicy reprezentował prezydent Lech Kaczyński. Ponieważ polska konstytucja gwarantuje Prezydentowi szerokie uprawnienia w zakresie udziału w kształtowaniu polskiej polityki zagranicznej i obronnej – tak głęboka różnica stanowisk stała się kolejną osią podziału politycznego w Polsce ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Platforma Obywatelska i związane z nią media liberalne przyjęły strategię obliczoną na delegitymizację działań prezydenta Kaczyńskiego. Jego stanowisko było opisywane jako wsteczne, utrudniające budowanie prawidłowej pozycji Polski wśród sojuszników, podważające sojusze, mącące i nieodpowiedzialne.
Szczególnie pamiętny był właśnie rok 2008. Heroiczna podróż Lecha Kaczyńskiego do Gruzji i jego mowa w Tbilisi przestrzegająca Zachód i Polskę przed Rosją była w Polsce ośmieszana, opisywana jako „dziecinada” czy wręcz próba zaszkodzenia „poważnym osobistościom” w prowadzeniu rozmów pokojowych. Sprzeciw Prezydenta w sprawie kolaboracji rządu Tuska z Niemcami i Rosją w sprawie Nord Stream był określany jako próba zaszkodzenia budowie nowego ładu w Europie, wyraz zacofania i „jaskiniowej” rusofobii prawicy.
Ten rozdźwięk w zakresie spraw fundamentalnych o znaczeniu strategicznym dla przyszłości bezpieczeństwa Polski realnie skutkował podejmowanymi przez rząd próbami izolacji Prezydenta i niedopuszczania go do udziału w sprawowaniu konstytucyjnych prerogatyw. To właśnie stąd wziął się problem w Smoleńsku.
Dążący do prestiżowego podkreślenia swoich „szczególnych” relacji z Moskwą Tusk postanowił rozegrać okoliczności okrągłej, 70-tej rocznicy Zbrodni Katyńskiej na swoją korzyść. Okazało się wówczas, że Lecha Kaczyńskiego „nikt do Katynia nie zaprasza”, zatem w uroczystościach o randze państwowej wezmą udział wyłącznie premierzy: Rosji – Władymir Putin oraz Polski – Donald Tusk.
Kiedy Lech Kaczyński wyraził wolę uczestnictwa w obchodach rocznicowych zmontowano kretyńską historię, że „lipny z niego patriota”, bo jeździ do Katynia wyłącznie w latach wyborczych. Podstawą tej teorii była poprzednia wizyta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu w roku 2007, czyli rok po wyborach prezydenckich i w roku wyborów parlamentarnych. Wizyta w roku 2010 byłaby zatem kolejną, a powód był jasny – okrągła rocznica, ale dla obozu liberalnego było to zupełnie bez znaczenia. Wymyślono, że jeśli Lech Kaczyński nie latał do Katynia co roku, to lata tam wyłącznie „pod publiczkę” oraz oczywiście po to, żeby zaszkodzić Tuskowi, który – o ile się orientuję – przed rokiem 2010 w Katyniu nigdy nie był.
Uroczystości w Katyniu szykowano zatem jako propagandowy wyraz „zbliżenia i pojednania” między Polską a Rosją, nieomal na miarę zbliżenia i pojednania z Niemcami. Radosny, optymistyczny wydźwięk wzajemnych uścisków uzyskanych za cenę sprzedaży polskiej racji stanu (Nord Stream) nie powinien być zakłócany ponurym obliczem „gnoma” – jak wówczas szyderczo określano Lecha Kaczyńskiego. Jak napisał w opublikowanym niedawno w Gazecie Wyborczej artykule Jarosław Bratkiewicz (w latach 2010-15 dyrektor polityczny MSZ): „Była zgoda co do tego, że prezydenta Kaczyńskiego należy trzymać z dala od kontaktów między Tuskiem a Putinem.”
Kiedy zatem Władymir Putin telefonicznie zaprosił Donalda Tuska do Katynia, tematu z Lechem Kaczyńskim w ogóle nie uzgadniano. Rząd całkowicie pominął Prezydenta pomimo tego, że wizyta w Katyniu miała mieć charakter wyłącznie reprezentacyjny a nie roboczy – a przecież art. 133 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej jasno stanowi, że „Prezydent reprezentuje państwo w stosunkach międzynarodowych”.
Kiedy sprawa nabrała charakteru publicznego, prezydencki minister Mariusz Handzlik rozpoczął bezskuteczne próby uzgodnienia obecności Lecha Kaczyńskiego z kancelarią ówczesnego prezydenta Rosji, Dmitrija Miedwiediewa. Rząd Polski umył ręce i w ogóle nie uznał, że dzielenie Polaków na „lepszych i gorszych” podczas tak ważnych dla polskiej wrażliwości historycznej uroczystości jest de facto uczestnictwem w zaplanowanej na Kremlu akcji rozbicia polskiego społeczeństwa.
Dla wykluczonego Lecha Kaczyńskiego i jego gości miejsce w samolocie rządowym się zatem nie znalazło, dlatego Kancelaria Prezydenta zaczęła organizować lot na własną rękę a Prezydent Polski miał się pojawić na uroczystościach w Katyniu jako „osoba prywatna”!
Wszystkie dalsze wydarzenia wynikają z tej dynamiki. Ponieważ lotnictwo państwowe jest w dyspozycji rządu – pod wpływem nacisków Kancelarii Prezydenta minister Arabski „na odpierdol” udostępnił Tupolewa ze ściągniętą na ostatnią chwilę dość przypadkową załogą. Do jednego samolotu upchnięto Prezydenta i wszystkich gości ignorując wymogi bezpieczeństwa, bo przecież „leciał prywatnie”. A już po katastrofie, premier Tusk szedł w zaparte, że lot oznaczony wojskowym kryptonimem był jakoby „cywilny”. Wszystko po to, aby wobec opinii publicznej pokazać, że „nieodpowiedzialny prezydent skończył tak, jak na to zasłużył”…
Chociaż przebieg katastrofy daje się wyjaśnić błędami załogi i nie ma dostatecznych przesłanek, aby podeprzeć teorie na temat zamachu, to trudno się dziwić, że w zaistniałych okolicznościach obóz polskiej prawicy uznał, że śmierć Prezydenta, jego żony oraz pozostałych 94 ofiar Katastrofy była poniekąd wynikiem swoistej zdrady stanu, jakiej dopuścił się Donald Tusk i jego obóz polityczny.
Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.
Zostaw komentarz