Nie byłoby dzisiejszej drożyzny, gdyby nie brukselskie majaki o OZE „uzepełnianych” energią z importowanego głównie z Rosji gazu.
Przykrywano to szaleństwo opowieściami o „zagładzie klimatycznej”, połączonymi z bajaniem – „rodem z mchu i paproci” – jak to „kiedyś” OZE zapewni Europie samowystarczalność energetyczną.
Tylko zanim nadejdzie to „kiedyś” (czyli ta „zagłada klimatyczna” czy „zielona samowystarczalność”) mamy „tu i teraz”, czyli zime 2022/23, horrendalne ceny gazu (jakby nie można było ich eksporterów trochę pogłodzić, blokując dostawy żywności) i chyba jedyny na świecie parapodatek w postaci papieru wartościowego – te certyfikaty emisji (jakby nie można było tego albo „skasować”, albo przynajmniej „dodrukować” żeby zbić cenę tego papieru do poziomu śmieciowego).
Ludzie dostali dysonansu poznawczego: boją się jednocześnie i zimna i „globalnego ocieplenia”.
Zwolennicy ekoszaleństwa wolą kanalizować bunt społeczny, skupiając uwagę na Rosji (jak to jest na demonstracjach w Czechach: „oddajmy Putinowi Ukraine, to gaz stanieje do 20€ i będzie cieplutko), żeby czasem wkurzeni ludzie nie wywieźli ich na taczkach tam, gdzie ich miejsce (na margines sceny politycznej, obok innych ekstremistów). A to jest moment na „prawdziwy reset”.
Tą zime musimy jakoś przetrwać, ale następna może wyglądać lepiej, jeśli damy sobie spokój z CO2, prawami do emisji, dekarbonizacją i innymi cudami-niewidami.
Tylko wtedy, jak się wojna na Ukrainie skończy w ten czy inny sposób, będzie tania energia, a Rosja wyjdzie z tej wojny bez możliwości powrotu do roli głównego dostarczyciela podstawowego surowca energetycznego dla Europy.
Zostaw komentarz