Czyli słów kilka o dyktatorach i o tym dlaczego ciągle warto być z czegoś niezadowolonym i wciąż o coś pytać.
Na jednym z rosyjskojęzycznych kont, które obserwuję na Twitterze, został zamieszczony bardzo ciekawy wpis dotyczący dyktatury Mussoliniego, którego tłumaczenie zamieszczam:
Dokładnie 100 lat temu, 30 października 1922 roku, Mussolini doszedł do władzy we Włoszech.
Wszystko, co napisano poniżej, to tylko kilka faktów na temat jego reżimu i podległych mu Włoch.
Żadnych paraleli.
A nuż okaże się, że można jednak znaleźć wiele wspólnego z innym reżimem i innym krajem.
Na początku kariery politycznej Mussolini był bardzo daleki od idei faszystowskich.
Przemawiał z pozycji socjalistycznych, antyreligijnych i antykolonialnych.
Kochał nawet Zachód, był zwolennikiem udziału Włoch w I wojnie światowej po stronie Ententy.
Jednak potem nastąpił zwrot o 180 stopni.
Mussolini zadeklarował, że tylko tradycyjne wartości uratują i ożywią Włochy.
Z tymi hasłami założył partię faszystowską i doszedł do władzy.
Jednak nie od razu przekształcił Włochy w totalitarne państwo faszystowskie.
W pierwszych latach panowania Mussoliniego większość jego ministrów była liberałami.
Polityka gospodarcza była całkiem rozsądna i w ogóle nie pachniało represjami.
Jednak stopniowo wszystko to zanikało.
Pod koniec lat dwudziestych nie pozostało już nic z demokracji i wolności.
Władza Mussoliniego stała się absolutna, wybory stały się bezsporne, a krajem rządziły czarne koszule.
Stworzono też dziecięcą faszystowską organizację.
Faktem jest jednak, że Mussolini, w przeciwieństwie do Hitlera i Stalina, nie przeprowadzał w kraju zakrojonych na szeroką skalę represji.
(Mussolini w ogóle nie lubił Hitlera i przez długi czas starał się trzymać z dala od Rzeszy).
Nie było we Włoszech tak strasznych wydarzeń jak ludobójstwo antysemickie w Rzeszy czy Hołodomor w ZSRR.
Liczbę wyroków śmierci na wrogów faszystowskiego reżimu mierzono w jednostkach.
Posłuszeństwo reżim osiągał nie przez masowe egzekucje, ale przez niszczenie wolności słowa, totalną propagandę, nękanie dysydentów i inwigilację wszelkich przejawów sprzeciwu.
Mussolini wysunął ideę „wielkiej potęgi, która jest otoczona przez zazdrosnych ludzi i wrogów”.
I wprost zadeklarował, że państwo jest ważniejsze niż człowiek.
Włochy zostały ogłoszone spadkobiercami wielkiego Cesarstwa Rzymskiego.
Mussolini określał kraje Zachodu jako zazdrosnych wrogów Włoch.
Zwykłym Włochom podobała się idea wielkości państwa.
Ze względu na nią przymykali oczy na zniesienie wyborów i obowiązek rejestracji wszystkich dzieci od urodzenia w organizacji faszystowskiej.
Większość wolała nie zadawać pytań i nie interesować się polityką.
W latach 30. Mussolini zaczął aktywnie anektować terytoria.
Najpierw zakończono aneksję Libii, następnie zaanektowano Etiopię.
To ostatnie wywołało szczególny zryw wśród Włochów, ponieważ pod koniec XIX wieku Włochy próbowały już zdobyć Etiopię, ale zostały pokonane.
Wzmocniła się wiara w wyjątkowość Włoch i siłę ich armii.
Mussolini zdecydował, że nadszedł czas, aby walczyć również w Europie.
Jednak szybko stało się jasne, że „niezwyciężona armia włoska” była opowieścią propagandową.
Kampanie w Hiszpanii, Francji i Grecji zakończyły się niepowodzeniami.
Udział w II wojnie światowej przerodził się w katastrofę.
Mussolini dał Hitlerowi 235 000 Włochów do marszu na Stalingrad.
To włoskie zgrupowanie zostało całkowicie pokonane, tracąc ponad 130 tysięcy żołnierzy.
W Afryce Włochy również ponosiły klęskę za klęską.
Głównym problemem armii Mussoliniego był brak motywacji.
Żołnierze włoscy nie rozumieli, co robią gdzieś na sowieckich stepach czy w afrykańskich piaskach.
Nie chcieli walczyć i byli wyjątkowo słabo wyszkoleni.
Kiedy Brytyjczycy i Amerykanie wylądowali we Włoszech w 1943 roku, okazało się, że armia włoska po prostu nie istnieje.
Tylko niemieckie dywizje stawiały opór aliantom.
Jednostki włoskie odmówiły walki po czyjejkolwiek stronie i zostały po prostu rozbrojone.
Właściwie to był koniec władzy Mussoliniego.
Został obalony i aresztowany.
Nieco później Hitler go uratował, a nawet uczynił szefem marionetkowego reżimu w północnych Włoszech, ale Mussolini nie miał już realnej władzy.
Jego koniec jest znany wszystkim.
(Mussolini i jego kochanka Clara Petacci zginęli 28 kwietnia 1945 roku. Rozstrzelali ich komunistyczni partyzanci z 52 Brygady Garibaldiego pod dowództwem florenckiego hrabiego, antyfaszysty Piera Belliniego Delle Stelle. Jego ciało zostało przewiezione do Mediolanu, gdzie tłum je masakrował i opluwał, a następnie powieszono je publicznie za nogi na stacji benzynowej – HŁ).
Wpis zamieszczony na koncie „Prof. Preobrażenskij” kończy się puentą:
Być może (…) w tym wątku dostrzegałeś podobieństwo historii Mussoliniego do historii innego, nowoczesnego dyktatora.
Cóż.
Historia się powtarza.
Zwłaszcza jeśli nowy dyktator nie studiuje lekcji, jakich udzieliła staremu dyktatorowi.

Ja z kolei chciałbym zwrócić uwagę na jedno zdanie tego opisu:
„Większość wolała nie zadawać pytań i nie interesować się polityką.”
Byłem w Moskwie kiedy jeszcze działało „Echo Moskwy”, „Dożd’ ” i kilka innych opozycyjnych, odważnych mediów. Krytyka Putina była jawna.
Ale już wtedy ludzie niechętnie rozmawiali o polityce, a ci, którzy chcieli o niej rozmawiać, byli jawnymi putinistami. Rozmowa z nimi toczyla się zawsze w protekcjonalnym tonie i często pojawiały się w niej takie niby „żarty”, że przyjadą kiedyś do nas swoimi czołgami i wygonią „pindosów” (wulgarne określenie Amerykanów).
Że „chachły” (słowo, którego chyba dzisiaj nikomu nie trzeba tłumaczyć) to „swołocz” i „bydło”, co „u Polaków za niewolników wynoszących gnój slużyło”.
Na początku myślałem, że ten język to folklor radykałów. Podobne rzeczy – w innej wersji – można usłyszeć w Polsce od ludzi typu Międlar.
Z czasem jednak orientowałem się, że te słowa to liturgia, a faszystowski nacjonalizm to nowo-stara religia dużej części Rosjan. A raczej ich znakomitej większości.
Drugą jej postacią jest zwykłe, ordynarne kłamstwo. Rosjanie używają go nawet nie za bardzo się przejmując w jaki sposób to, co mówią, jest przez rozmówcę odbierane. Część z nich zresztą w nie wierzy, ale dla większości jest to konwencja, którą starają się narzucić rozmówcy. Jej stanowcze odrzucenie w zasadzie kończy rozmowę.
Po powrocie z Rosji utwierdziłem się w przekonaniu, że bezpieczeństwu demokracji zagrażają dwa typy:
Pierwszy to ci, którym się wszystko podoba. Oni są groźni, zwłaszcza wtedy, kiedy wszystko widzą w biało-czarnych barwach.
Jeszcze większym jednak są ci, którzy wolą nie zadawać żadnych pytań.
Zostaw komentarz