Nie ma co się krygować, że osiemdziesiątka, to jeszcze spora perspektywa, ale odchodząc- mam przekonanie, że należałem do pokolenia bardzo obficie obdarowanego przez los, że wymienię: upadkiem komuny, odrodzeniem się wolnej Polski, a szczególnie — pontyfikatem św. Jana Pawła II.
Dzisiaj jednak zastanawiam się nad tym, jak to stało się możliwe, żeby w tak krótkim czasie, bo w końcu niecałe 20 lat, jakie minęły od odejścia Jana Pawła II to przecież nie epoka — naród, który szedł za nim milionowymi rzeszami, tak się moralnie zmienił. Przecież za Jego sprawą przeżywaliśmy niebywałe wzruszenia. A teraz niszczy się Jego pomniki, odmawia się świętości. Plugawi się Jego pamięć konfabulacjami komunistycznej służby bezpieczeństwa.
Nawet w Jego rodzinnym mieście, 10 lat temu, wybrano na burmistrza agnostyka, wnuka śledczego z UB. Byli wysocy funkcjonariusze PZPR — zostali, dzięki lewarowi wyborczemu liberałów posłami w UE. I ogarnia mnie przygnębienie, dokąd to Matko Polsko, moja Ojczyzno zmierzasz?
Uciekam od tych myśli, pogrążając się we wspomnieniach osiemnaście lat temu. Kiedy to w marcu 2005 roku, wybraliśmy się do przebywającego w klinice Gemeli Papieża na trzy tygodnie przed Jego śmiercią. Nasza droga wiodła przez ośnieżone Alpy. Pierwszy raz nocowaliśmy już nad brzegiem Adriatyku w Lido di Jesoli. Potem byliśmy przy grobie św. Franciszka w Asyżu. W Wiecznym Mieście zatrzymaliśmy się w Domu Polskim przy Via Cassia.
Pod Klinikę Gemelli — w sobotę rano pojechaliśmy kolejką śródmiejską. Tam wzbudziliśmy duże zainteresowanie przedstawicieli mediów, którzy na wysokiej skarpie vis a vis szpitala założyli prawdziwe miasteczko namiotowe. Naszej grupie pozwolono przebywać na środkowej części placu, przed budynkiem kliniki zazwyczaj niedostępnym w dzień powszedni dla osób, które chciałyby pobyć w tym miejscu, w pobliżu Ojca Świętego.
Wkrótce na placu zgromadził się j spory tłum. Nasza grupa liczyła 42 osoby, dziennikarzy było dwa razy tyle, do tego doszli pojedynczy przedstawiciele różnych ras i narodowości, którzy też przecież kochali i interesowali się Papieżem Polakiem.
Wyćwiczonym podczas pokonywania blisko dwutysięczno kilometrowej trasy chórem – zaśpiewaliśmy Ojcu Świętemu jego ulubione pieśni i piosenki. Dotarły one aż na 10 piętro i po chwili — po naszych przewodników przybyło kilku funkcjonariuszy ochrony, którzy zaprowadzili ich do przebywającego stale tuż przy Papieżu ks. arcybiskupa Stanisława Dziwisza.
Jego ekscelencja nie kryła zadowolenia z tego, że „przyjechały Wadowice” ze swoimi kapłanami, panią burmistrz, rajcami miejskimi, ludem bożym z obu parafii.
Niestety — reżim szpitalny nie przewidywał możliwości spotkania z Dostojnym Pacjentem, ale ks. arcybiskup poinformował Ojca Św. o naszej obecności, której ze względu na dochodzący do apartamentów najwyższej kondygnacji budynku śpiew i tak nie dałoby się ukryć. Następnie przekazał w Jego imieniu podziękowanie i błogosławieństwo. Wszyscy uczestnicy pielgrzymki poczuli się — niesłychanie wyróżnieni. Ten nastrój towarzyszył nam na placu okolonym kolumnami Berniniego, przy nawiedzeniu grobu Piotra Apostoła w bazylice pod jego wezwaniem. Plac wypełniony był niezliczonym tłumem turystów z całego świata z rzucającą się przewagą Japończyków.
Potem z pątniczą pokorą i góralską wytrwałością — zwiedzaliśmy najważniejsze dla naszej cywilizacji miejsca, dopóki w Rzymie nie zapadła noc. Nazajutrz, w niedzielę nasza grupa przed Kliniką Gemelli wyróżniała się kolorowymi transparentami, chorągwiami w barwach narodowych i „Solidarności, oraz trzymetrowej wielkości palmą, a także kreacjami pań, dostojeństwem garniturów panów, a przede wszystkim śpiewem i modlitwą. Kwadrans po południu rozsunęły się zasłony w oknie na 10 piętrze i pokazał się Papież. Energicznie kreślił znak krzyża, przemawiał zupełnie mocnym głosem po włosku, by następnie ku naszej — niewysłowionej radości powiedzieć „witam Wadowice”. Podnieśliśmy wtedy taki zgiełk, że się Ojciec Święty … aż za głowę złapał.
Papież z wysokiego okna nas błogosławił i błogosławił, wyglądało na to, że się z nami nie chciał rozstać.
To była wspaniała chwila. Maleńka ledwo widoczna w oknie szpitalnym sylwetka, ubranego na biało Namiestnika Chrystusowego — rosła nam w oczach, czułem Jego spojrzenie, patrzyło ono w głąb mojego serca, w głąb mojej duszy — budziło radość. To było moje ostatnie z Nim spotkanie.
Nie gotuje emocji aż tak bardzo we mnie napaść na najbardziej świętą w pamięci milionów ludzi i historii Polski świętość, bo gołym okiem widać, iż jest to nie podszept szatana, ale kolejny cud Karola Wojtyły, mający wstrząsnąć sumieniami, ponownie nas zjednoczyć i ożywić w Narodzie przygaszone konsumpcjonizmem ogniska wiary, nadziei, miłości.






Zostaw komentarz