„Zamykanie się w obrębie regionu jest najlepszą drogą do gospodarczej i politycznej degradacji państwa” – celnie Marek Nowakowski (czytaj tu).

Miałem podobne myśli, kiedy przez ten krótki czas dane mi było obserwować praktykę działania polskiej służby zagranicznej.

Z tym, że osobiście mam wrażenie, że jest gorzej niż Autor napisał. Po prostu, żeby coś zdziałać na niwie organizacji trzeba mieć do tego ludzi. A ja, przynajmniej kiedy miałem okazję obserwować pracę polskiej tzw. dyplomacji z bliska, nie widziałem tam takich.

Nie słyszałem o ludziach z inicjatywą w MSZ. W Moskwie dochodziło do kuriozalnych sytuacji – wysoki rangą urzędnik ambasady prosił mnie o szybkie załatwienie mu wizy dla córki, żeby mogła go odwiedzić w Moskwie.

Niby nie byłoby w tym nic dziwnego, ale ja nie pracowałem w ambasadzie jako dyplomata. Okazało się jednak, że nikt tam nie ma innych kontaktów z Rosjanami niż oficjalne. Wszyscy urzędnicy starali się nie zwracać na siebie uwagi i nikt nawet nie próbował nawiązać jakiejkolwiek roboczej relacji ze swoimi odpowiednikami.

Tymczasem wystarczyło, zaprosić człowieka na obiad i już bardzo wiele rzeczy można było załatwić „na telefon”. I było to oczywiście według starej, rzymskiej zasady do ut des.

Dlaczego żaden z urzędników tego nie robił? Przyczyny są przynajmniej dwie:

1. Przeciętny typ urzędnika w MSZ to inteligentny introwertyk. Tacy ludzie może i piszą coś ciekawego, może potrafią się szybko nauczyć 3 języków, może i dobrze leży na nich garnitur, a pismo czytają 6 razy, zanim zdecydują się je podpisać. Ale w kontaktach z obcymi są zachowawczy, raczej niechętni do rozmów. Łatwo jest ich zastraszyć i łatwo nimi sterować – oni i tak robią tylko niezbędne minimum.

2. Donosy. Kontakty z rosyjskimi przedstawicielami, nawet jeśli przynosiły korzyści dla obywateli Polski, narażały osobę, która to robiła na donosy. Ludzie z inicjatywą budzą zazdrość i dlatego lepiej jest się w MSZ nie wychylać.

Klimat tych spraw oddaje czasami w swoich artykułach w Onecie i wpisach na FB Pan Witold Jurasz. Przynajmniej dla mnie jest zrozumiałe, dlaczego nie zagrzał on miejsca w dyplomacji. Tacy ludzie się tam po prostu „nie nadają”. Ostatnie słowa poprzedniego zdania umieściłem w cudzysłowie, bo oczywiście w poważnej dyplomacji zajmowaliby oni kierownicze stanowiska. Problem jest więc starszy niż rządy PiS.

W „opcję zero”, o której Autor pisze w artykule, nikt w MSZ zapewne nie wierzy, prawdopodobnie też ona nie nastąpi.

Dobrze przynajmniej byłoby odbudować służby konsularne. Sytuacje, kiedy polscy urzędnicy nie znają języka kraju, do którego są wysyłani, a w konsulatach nie ma wystarczającej ilości rąk do pracy, najbardziej uderzają w polskich obywateli, którzy potrzebują pomocy urzędu.

Wydaje mi się, że jak na obecne warunki załatwienie tej chociażby sprawy będzie sporym sukcesem. Od czegoś trzeba zacząć.