Media tzw. głównego nurtu nie przepuszczą żadnej okazji do tego, aby obrzydzić Trumpa. Dowiemy się z nich dosłownie o każdej wypowiedzi jakiejś mniej lub bardziej znanej osoby, która uznała Trumpa za „faszystę”, natomiast ze świecą szukać – licznych przecież – wypowiedzi jego sympatyków. Media mainstreamowe już w żadnej sprawie nie są „neutralne”, ale są tubą nagłośnieniową kontrolowanych przez liberalno-lewicowe elity redakcji.
Wyszukiwarka Google nie znajduje ani jednego wyszukania na hasło „Arguments for Trump”, które odpowiadałoby temu zapytaniu. Wszystkie wyniki dostarczają argumentów przeciw Trumpowi lub wychwalają jego przeciwniczkę. Sprawdzałem wyniki z minionego miesiąca. Jak się wydłuży okres wyszukiwania, to można znaleźć praktycznie jedną jedyną wypowiedź Michela Huellebecqua z 2019 roku, który dowodzi, że polityki, które próbuje realizować Donald Trump są wielowymiarowo korzystne.
Jednym słowem – z mediów głównego nurtu dowiemy się wszystkiego, co mogłoby świadczyć przeciw Trumpowi, wszystkiego, co świadczy za Harris i niczego, co mogłby być argumentem za prezydenturą Trumpa i niczego, co świadczyłoby przeciw prezydenturze Harris.
Aby usłyszeć choćby jeden argument za Trumpem trzeba znać właściwe adresy, bo wyszukiwarki nam tego nie powiedzą. Próżno w nich szukać argumentów przeciw proponowanym przez Kamalę Harris politykom, próżno w nich szukać zastrzeżeń wobec wykonywanej przez nią roli wiceprezydenta – wszystko co serwują nam media głównego nurtu na jej temat, to jedna wielka laurka. Natomiast na temat problemów związanych z prezydenturą Trumpa są dosłownie tysiące wyszukań.
Tak wygląda współczesny świat mediów głównego nurtu i ten obraz należy połączyć z nieustannym już domaganiem się przez elity cenzury mediów społecznościowych oraz tych, które nie mieszczą się w mainstreamie. Chodzi wyłącznie o to, aby „domknąć system”, żeby obywatele nie mieli już żadnej możliwości zetknięcia się z poglądami sprzecznymi z opinią liberalno-lewicowych elit, żeby wypowiedzi tych, którzy występują przeciw tym elitom mogli znać wyłącznie za pośrednictwem filtra zapewnianego przez liberalno-lewicowych dziennikarzy – nigdy z pierwszej ręki, nigdy niewyrwane z kontekstu, nigdy tak, jak w istocie zostały powiedziane.
Czytałem ostatnio opracowanie dotyczące częstości występowania określonych fraz w komunikatach prasowych czołowych amerykańskich mediów i wynika z niego ich pełna synchronizacja. Dokładnie takie same zwroty pojawiały się jednocześnie w różnych redakcjach – co świadczy o ich zewnętrznym pochodzeniu, o którym jednak się niczego nie dowiemy. Można sobie jedynie zadawać pytanie, gdzie w istocie jest ukryte to tajemnicze źródło, ta „nad-redakcja” ustawiająca wielkim tytułom przekazy dnia.
Zostaw komentarz