Politycy i wyborcy rządzących właśnie przeżywają dramat egzystencjalny na miarę greckiej tragedii – bo oto w Polsce pojawił się osobnik, który naprawdę zaczął robić to, co obiecał w kampanii. Skandal. Nosz kurza melodia, przecież tak się nie robi! Kampania to był czas na bajeczki do poduszki, a nie na zobowiązania. A tu nagle – facet zamiast wyrzucić ulotki i przeprasować garnitur, bierze na serio własne słowa.

No jak on śmiał? To jest afront wobec całego systemu! Bo przecież wszyscy wiedzą, że w polityce obietnice są jak kod QR na billboardach – niby istnieją, ale nikt nie skanuje.

I owszem – wszystko mu wybaczą. Wybaczą nawet to BMW kupione dla Trzaskowskiego. Wybaczą też, że bezczelnie przejął postulaty Trzaskowskiego, jakby ktoś jeszcze traktował je poważnie. Ale tego, że on naprawdę zaczął traktować poważnie własne słowa – tego mu nie darują nigdy. To już nie faux pas. To zbrodnia przeciwko świętej tradycji polskiej polityki: obiecaj, zapomnij, udawaj że nie było.