Bieszczadzkie cerkwie od zawsze przyciągają wędrowców. Drewniane – pachnące żywicą, pełne kunsztu dawnych cieśli. Kamienne – surowe i milczące, jakby stanowiły część samych gór. Wiele przetrwało, inne zamieniły się w porośnięte bluszczem ruiny, czasem tylko w zarys kamiennych fundamentów. Każda z nich mogłaby opowiedzieć własną historię – jedne dobrze znane, inne zapomniane i ukryte w cieniu.

Pani Dominika, dziś prezes dużej firmy w stolicy, pewnego popołudnia spotkała się ze swoją przyjaciółką, która właśnie wróciła z podróży po południowej Europie. Zwiedzała galerie i muzea, aż natrafiła na obraz, który na długo zapadł jej w pamięć. Przedstawiał ukrzyżowanie Chrystusa – motyw znany i powtarzany tysiące razy. A jednak jeden szczegół przykuwał uwagę: w tle majaczyły kształty przypominające współczesne wyobrażenia UFO.

– Nie wolno było fotografować – opowiadała przyjaciółka. – Ale kupiłam folder, spójrz sama…

Dominika wpatrywała się w reprodukcję i wtedy przypomniała sobie słowa babci. To właśnie ona, jako młoda dziewczyna, w cerkwi rodzinnej wioski odważyła się kiedyś zajrzeć do zakrystii.

Wnętrze tonęło w półmroku. Babcia trzymała w dłoni świecę, której płomień chwiał się niespokojnie. Na ścianie wisiała ikona – brodaty święty z rękami uniesionymi ku niebu. Sama postać wydawała się zwyczajna. Dopiero po chwili dziewczyna dostrzegła po bokach sylwetki dwa niewielkie kręgi, jak talerze, z których rozchodziły się promienie przypominające blask słońca.

Czasami ludzie szeptem wspominali o tej ikonie, lecz nikt nie widział jej z bliska. Dlaczego wisiała w ciemnej zakrystii, a nie przy ołtarzu? Kim był artysta, który ją stworzył? Czy zobaczył coś niezwykłego, czy tylko powtarzał dawne symbole, których znaczenie dziś już się zatarło?

Na te pytania babcia Dominiki nigdy nie znalazła odpowiedzi. Dominika sama nigdy nie pytała o dokładną lokalizację cerkwi. Być może budowla dawno przestała istnieć. Może spłonęła, a może została rozebrana po wojnie.

Motyw zagadkowych „dysków” w ikonografii nie jest odosobniony. W Europie istnieje kilka fresków i malowideł, które od lat budzą kontrowersje.

Mccheta, Gruzja – w katedrze Sweti Cchoweli znajduje się fresk z XVII wieku przedstawiający ukrzyżowanie. Po bokach krzyża, w górnej części, widnieją dwie postaci w okrągłych kapsułach przypominających dyski.

Visoki Dečani, Kosowo (XIV w.) – fresk w tamtejszym klasztorze ukazuje ukrzyżowanie. W rogach obrazu widać dziwne obiekty w kształcie „latających kapsuł”, z których spoglądają postacie. Historycy tłumaczą je jako alegorie słońca i księżyca.

Gradac, Serbia – podobny motyw można znaleźć w tamtejszym klasztorze.

Sztuka bizantyjska i ruska – symbole słońca i księżyca często przedstawiano jako półabstrakcyjne formy. Dla dawnych ludzi były one oczywistym kodem, lecz dziś niektórym przypominają dyski czy promieniujące obiekty.

Historycy sztuki podkreślają, że te przedstawienia zakorzenione były w tradycji religijnej. Jednak współczesny odbiorca – żyjący w epoce fascynacji UFO – dostrzega w nich coś, co wygląda zaskakująco nowocześnie.

Czy ikona, którą widziała babcia Dominiki, należała do tego samego nurtu? Czy jej autor znał podobne przedstawienia z Bałkanów lub Kaukazu? A może w bieszczadzkiej wiosce krążyły własne wyobrażenia o niebie i tajemniczych znakach?

Tego nie dowiemy się nigdy. Pozostaje jedynie tajemnica – i pamięć o obrazie, którego ślad zaginął razem z cerkwią. A jednak można wierzyć, że gdzieś w Bieszczadach, w cieniu drewnianych ścian i w półmroku zakrystii, wciąż czeka ikona, której znaczenie dopiero ktoś odkryje.

Autor: Jędruś Ciupaga