Były asystent Grzegorza Brauna, Piotr Korczarowski — jeszcze niedawno jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy jego ugrupowania — zakończył swój medialny tydzień w sposób, który można by uznać za symboliczny. W oktagonie Prime MMA został zdyskwalifikowany za ciosy w tył głowy podczas walki z Dżagą — barwną postacią polskiego show-biznesu i przyjacielem Dody, znanym również z otwartego prezentowania swojej tożsamości jako artysty-transwestyty.

Trudno o większy kontrast: dawny współpracownik Grzegorza Brauna, człowieka, który w kampanii wyborczej mówi o „obronie cywilizacji chrześcijańskiej”, wchodzi do klatki, by mierzyć się z kimś, kto uosabia wszystko, co jego środowisko uznaje za „upadek Zachodu”.

Zanim jednak doszło do sportowego upokorzenia, Korczarowski pożegnał się z polityką w atmosferze moralnego skandalu. Sztab Grzegorza Brauna wyrzucił go z kampanii po tym, jak wyszło na jaw, że jest w związku z Marianną Schreiber – żoną (jeszcze formalnie) posła PiS Łukasza Schreibera. „Prosimy o opamiętanie” – napisał wiceprezes Konfederacji Korony Polskiej, podkreślając, że kandydat Brauna „wiąże przyszłość Polski z zachowywaniem Prawa Bożego”.

Ironia losu polega na tym, że sam Grzegorz Braun, który występuje w roli moralnego stróża narodu, utrzymuje serdeczne kontakty z Januszem Korwin-Mikkem – politykiem, który trzykrotnie stawał na ślubnym kobiercu, a jego poglądy na temat kobiet i małżeństwa już dawno przeszły do memicznej historii polskiej polityki.

Z jednej strony więc Braun odcina się od „niemoralnego związku” swojego współpracownika, z drugiej – chętnie fotografuje się z człowiekiem, dla którego małżeństwo to raczej seria sezonowych przygód niż sakrament.

Tymczasem Korczarowski, który jeszcze niedawno grzmiał z sejmowych schodów o „żydowskiej cywilizacji” i „upadku moralnym Zachodu”, dziś sam stał się medialnym bohaterem tabloidu – facetem wyrzuconym z partii za romans z rozwódką, a chwilę później obitym w freakowej walce przez Dżagę.

Niektórzy mogliby to nazwać tragiczną farsą, inni – symbolicznym końcem pewnej epoki hipokryzji w konserwatywnych środowiskach. Wystarczyło kilka tygodni, by moralna krucjata Grzegorza Brauna zamieniła się w groteskowy spektakl, w którym nikt już nie pamięta, o co chodziło, ale wszyscy doskonale wiedzą, kto zaliczył nokaut.

Bo jeśli coś w tej historii naprawdę zasługuje na tytuł freak fightu, to nie walka w oktagonie, ale ten cyrk polityczno-obyczajowy, w którym każdy bije się sam ze sobą.