Pamiętam dobrze lata 2010–2015, kiedy organizowałem spotkania ze śp. Kornelem Morawieckim na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Wystarczyło jedno nazwisko, żeby część kadry wpadała w histerię, jakby ktoś próbował naruszyć ich ideologiczny azyl. Próbowano te spotkania blokować, zniechęcać, odwodzić — jakby rozmowa z człowiekiem o innym światopoglądzie była profanacją ich „świętego terenu”.

Już wtedy było jasne, że nie chodzi o żadną akademicką debatę, ale o zawężanie przestrzeni publicznej tak, by mieściły się w niej tylko jedne, „właściwe” poglądy.

Dziś dokładnie ten sam odruch wraca przy okazji obecności Grzegorza Brauna na festiwalu filmowym we Wrocławiu. Twórca przyjeżdża na projekcję własnego filmu — i nagle w urzędach wybucha panika. Padają słowa o „zaskoczeniu”, „zniesmaczeniu” i zapowiedzi „konsekwencji”. Za co? Za obecność autora na jego własnym pokazie? To nie brzmi jak troska o kulturę. To wygląda jak miękka cenzura ubrana w kostium urzędniczej poprawności.

A do tego dochodzi jeszcze jeden, bardzo charakterystyczny element współczesnego pejzażu Wrocławia: wielu z tych, którzy dziś tak chętnie występują w roli strażników miejskiej kultury, przyjechało tu z odległych stron Polski.

Mają naturalne prawo tu mieszkać i pracować, ale zachowują się tak, jakby od zawsze stanowili o duchu tego miasta — miasta, w którym ja się urodziłem. Jakby tylko oni wiedzieli, które poglądy mogą być dopuszczone, a które należy odsunąć w cień. Jakby mieli moralny mandat do sortowania mieszkańców według światopoglądu.

I tu powiem coś niezwykle ważnego: obojętnie, jaki mam dziś stosunek do obecnych poglądów Grzegorza Brauna — a bywa różnie — jedno pozostaje nienaruszalne. Zasada wolności słowa. Bo wolność nie istnieje po to, by potwierdzać większość, tylko po to, by chronić mniejszość.

Najpiękniej ujęła to Evelyn Beatrice Hall, podsumowując ducha Woltera: „Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale do śmierci będę bronić Twojego prawa do mówienia tego.” I to jest fundament, którego nie wolno nam oddać, niezależnie od emocji, sympatii czy niechęci.

Ta historia nie jest o Braunie. Ona jest o kulturze publicznej, którą próbuje się podporządkować politycznym emocjom. O urzędnikach, którzy zaczynają decydować, jakie treści są „bezpieczne”, a jakie należy ukryć przed mieszkańcami. To jest o niebezpiecznym trendzie, który prowadzi dokładnie w jedno miejsce: do kultury zatwierdzonej, kontrolowanej i selekcjonowanej. A kultura, którą ktoś selekcjonuje zza biurka, przestaje być kulturą wolną. Staje się po prostu narzędziem.

A narzędzia nie tworzą przestrzeni dialogu. Tworzą tylko przestrzeń milczenia.