Gdy w Polsce pękają instytucje, a obywatele stoją w kolejkach dłuższych niż alpejskie trasy, premier wybiera Dolomity. Narty, słońce i cygaro zdają się leczyć wszystkie problemy państwa — przynajmniej z bezpiecznej wysokości stoku.

Plemięł na Grenlandii pojechał trzymać wartę, ale Niemce już wrócili — więc nie, to jednak Dolomity. Alpy. Zimowe słońce, cygaro i błogi spokój. Premier, jak co roku, ferie spędza z rodziną we włoskich kurortach.

Towarzyszą mu najbliżsi: żona Małgorzata, córka Katarzyna i wnuki. Wspólny stół objęty rezerwacją, śnieg skrzący się pod nartami — obrazek jak z folderu biura podróży.

Oczywiście, życzymy miłego odpoczynku z rodziną. Każdemu się należy. Tylko że w tym samym czasie w Polsce nie dzieje się najlepiej. Żurek szaleje w KRS, wyrywane są zamki, policja asystuje przy wynoszeniu dokumentów.

Przypadek?

Nie sądzę. Pedofile i pijani kierowcy kpią z rządowych obietnic, gospodarka kuleje, a kolejki do lekarzy rosną szybciej niż ceny skipassów.
I wtedy — klasyka gatunku — premier znika. Problemy zostają, odpowiedzialność się rozmywa, a ręce zostają umyte w alpejskim śniegu.

„Fakt” grzmi pod demaskatorskimi zdjęciami: premier na stoku, premier z cygarem, premier w zimowym słońcu.

Polska? Poczeka. Jak zwykle.
Bo przecież nic tak nie koi kryzysów państwa jak kilka zjazdów po stoku i dymek w Dolomitach.

A reszta?

Resztę jakoś się rozliczy po feriach. Albo i nie.

Autor: Zdzisław Sługocki