Kiedy cztery lata temu pracowałem nad książką o polskich kolarzach, rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy całe życie spędzili na trasie. Jednym z nich był śp. Mieczysław Żelaznowski, trener Dolmelu Wrocław – wychowawca całego pokolenia wybitnych zawodników.
W jego drużynie jeździli między innymi Ryszard Szurkowski, jeden z najwybitniejszych polskich kolarzy, a także Henryk Charucki, Jan Brzeźny i Jan Faltyn.
Rozmowa była długa. Nie tylko o sporcie, lecz także o wlasnych wyborach, konsekwencjach i cenie, jaką czasem trzeba zapłacić za własną drogę.
W pewnym momencie przytoczył stare rosyjskie powiedzenie: „Tisze jediesz – dalsze budiesz”. Czyli: „Ciszej jedziesz, dalej zajedziesz”.
Wypowiedział to spokojnie, jak oczywistość. Jak wiedzę ludzi, którzy widzieli wystarczająco dużo, by uznać, że ostrożność bywa skuteczniejsza niż odwaga.
Długo o tym myślałem.
Sens tych słów jest prosty: nie wychylaj się, nie hałasuj, nie mów zbyt otwarcie. Jedź spokojnie, a zajdziesz daleko.
Nigdy nie potrafiłem tego przyjąć. I nadal nie potrafię.
Człowiek rodzi się bez maski z własną twarzą, spojrzeniem i głosem. Dopiero później uczy się świata. Szybko odkrywa, że nie każda myśl powinna wybrzmieć, że nie każda prawda spotyka się z akceptacją. Z czasem widzi też, że łatwiej żyją ci, którzy potrafią dopasować się do oczekiwań innych.
Tak zaczyna się powolne oddalanie od siebie.
Świat ceni zgodę. Nie tę wynikającą ze zrozumienia, lecz powierzchowną, zapewniającą spokój. W niej uśmiech staje się obowiązkiem, a słowa tracą ciężar. Można w niej funkcjonować bez większego wysiłku, pod warunkiem jednego: nie mówić tego, co naprawdę się myśli.
Są jednak ludzie, którzy nie potrafią tak żyć. Nie z przekory ani potrzeby wyróżnienia. Raczej dlatego, że nie umieją zaprzeczyć własnemu widzeniu rzeczywistości. Czują, że prawda,nawet niewygodna, ma większą wartość niż komfort.
Dlatego ich milczenie bywa uczciwsze niż cudze deklaracje. A sprzeciw nie wynika z chęci walki, lecz z potrzeby zachowania wewnętrznej spójności.
Bycie sobą oznacza też zgodę na samotność, która czasem pojawia się między jednostką a światem. To także świadomość, że nie każdy zrozumie słowa wypowiedziane bez maski. Właśnie w tej zgodzie rodzi się szczególny rodzaj wolności. Nie polega ona na możliwości powiedzenia wszystkiego, lecz na braku konieczności mówienia wbrew sobie.
Taki człowiek nie szuka potwierdzenia w tłumie. Wystarcza mu pewność, że nie zdradził siebie.
Bywa więc nazywany trudnym. W istocie trudna jest sama prawda.
Człowiek wierny sobie nie jest bohaterem. Nie dąży do walki ani wyjątkowości.
Jeśli płaci za to wysoką cenę, przyjmuje ją bez patosu. Wie bowiem, że życie oparte na udawaniu staje się długim przedstawieniem, w którym stopniowo zapomina się, kim było się naprawdę.
A przecież sens istnienia nie polega na bezbłędnym odegraniu narzuconej roli.
Sens polega na tym, by pozostać sobą.
Zostaw komentarz