Esej o poglishu, makaronizacji i zadziwiającej trwałości polszczyzny

Człowiek czasem otworzy internetową gazetę, żeby zobaczyć, co tam w świecie, a trafia na tekst z pozoru niewinny. Ot, ktoś poszedł na spotkanie dla singli. Dawniej powiedziałoby się: ludzie samotni, nieśmiali, po przejściach albo po prostu szukający kogoś do pary spotkali się, żeby pogadać. Jedni przyszli z nadzieją, drudzy ze strachem, trzecim język stawał kołkiem, a jeszcze inni może tylko udawali, że przyszli tak sobie, przypadkiem, dla znajomych, dla zabawy, żeby zobaczyć, co z tego będzie.

Ale dziś tak łatwo nie ma. Dziś jest event, są single, jest energia drugiej osoby, strefa komfortu, ghosting, autentyczność, procesowanie emocjibudowanie relacji. Zwykłe spotkanie dwojga ludzi zostaje opisane językiem, który wygląda tak, jakby przeszedł przez dział HR, coaching i marketing, a potem jeszcze przez filtr aplikacji randkowych.

I człowiek zaczyna się zastanawiać: czy to jeszcze opis rzeczywistości, czy już prezentacja produktu?

Bo rzecz nie sprowadza się do kilku zapożyczeń. Gdyby chodziło tylko o jedno czy drugie obce słowo, nie byłoby o czym mówić. Języki od zawsze pożyczają, przerabiają, oswajają i wyrzucają to, co im niepotrzebne. Problem zaczyna się wtedy, gdy zapożyczenia przestają być narzędziami, a stają się mgłą. Gdy nie pomagają nazwać świata, tylko go opakowują. Gdy sprawiają, że zwykłe ludzkie sprawy, miłość, wstyd, samotność, lęk, niepewność, uprzejmość albo jej brak, zaczynają wyglądać jak fragment prezentacji szkoleniowej.

W ostatnich latach taki język rozlał się szeroko. Słychać go w korporacjach, mediach, organizacjach pozarządowych, lifestyle’owych portalach, coachingowych warsztatach, miejskich kawiarniach i na profilach ludzi, którzy od rana do wieczora są w procesie. Jest trochę polski, trochę angielski, trochę psychologiczny, trochę marketingowy, a w sumie taki poglish w marynarce z działu komunikacji. Niby mówi się po polsku, ale jakby przez cudzy mikrofon.

Nie jest to jednak zjawisko zupełnie nowe. Dzisiejszy poglish to tylko nowy kostium bardzo starej polskiej skłonności. Polacy od wieków mieli słabość do cudzych słów, i to nie wyłącznie z praktycznej potrzeby. Obce słowo bywało znakiem obycia, przynależności, światowości, czasem także wyższości. Kto umiał wpleść do wypowiedzi język wielkiego świata, ten zdawał się sam do tego świata należeć.

W dawnej Rzeczypospolitej taką rolę odgrywała łacina. Szlachcic, duchowny, prawnik czy uczony lubił mówić pół po polsku, pół po łacinie, bo łacina była językiem Kościoła, prawa, uniwersytetu i europejskiej elity. Nie chodziło tylko o przekazanie treści. Chodziło też o sygnał: jestem człowiekiem uczonym, bywałym, należę do świata, który ma swoje księgi, formuły i autorytety. Czasem dawało to efekt poważny, czasem komiczny, a czasem tak makaroniczny, że nawet zdrowy rozum musiał zdejmować czapkę i prosić o tłumacza.

Potem przyszła francuszczyzna. Salon chciał błyszczeć, a francuski był językiem elegancji, dyplomacji, mody i dobrego tonu. Nie wystarczyło już spotkanie, skoro mogło być rendez-vous. Nie wystarczała ogłada, skoro mogło być savoir-vivre. Francuszczyzna dawała połysk, nawet jeśli bywał to połysk na butach po błocie.

Do tego doszła niemczyzna, szczególnie w urzędach, rzemiośle, technice, wojsku i administracji. Zaborcy, kancelarie, szkoły, warsztaty i fabryki zrobiły swoje. W języku zostały majstry, szlafroki, sznyty, heble, rygle, szprychy i fajranty. Część tych słów tak się spolszczyła, że dziś mało kto czuje w nich obcych przybyszów. Zamieszkały w polszczyźnie, dostały własne kapcie i przestały się przedstawiać.

W XX wieku przyszły także rusycyzmy, język urzędu, państwa, propagandy, wojskowości i biurokratycznego myślenia. Jedne wyrazy zostały, inne odeszły razem z czasami, które je przyniosły. A dziś największą siłę ma angielszczyzna, zwłaszcza amerykańska. Tyle że ona działa inaczej niż dawna łacina czy francuszczyzna. Nie idzie wyłącznie przez szkołę, Kościół, salon albo urząd. Idzie przez internet, seriale, gry, aplikacje, korporacje, szkolenia, reklamy, popkulturę, HR, NGO, media społecznościowe i kieszeń, w której każdy nosi małe okienko na świat.

Osobnym źródłem tej zmiany jest technologia. Coraz częściej człowiek nie spotyka angielszczyzny w książce ani w rozmowie z cudzoziemcem, lecz w interfejsie: w aplikacji, panelu, komunikatorze, systemie płatności, narzędziu do pracy, platformie szkoleniowej. Tam świat od początku jest nazwany po angielsku albo pół-angielsku: login, update, dashboard, account, user, settings, privacy, notification, cloud, backup, share, upload, download. A ponieważ człowiek codziennie dotyka tych słów palcem, przesuwa je po ekranie, klika i zatwierdza, zaczyna je traktować nie jak obce naleciałości, lecz jak naturalną warstwę rzeczywistości.

Dlatego dzisiejsza makaronizacja jest szybsza, szersza i bardziej demokratyczna. Nie trzeba być magnatem, profesorem ani bywalcem salonów. Wystarczy mieć smartfon, kilka prezentacji w PowerPoincie, konto na LinkedInie i środowisko, w którym nikt już nie organizuje spotkania, tylko robi calla, nie rozdaje zadań, tylko taski, nie udziela uwag, tylko feedbacku, nie wdraża pracownika, tylko prowadzi onboarding.

Mechanizm pozostaje jednak ten sam: obce słowo jako znak przynależności do lepszego, nowocześniejszego albo przynajmniej bardziej opłacalnego świata.

Kiedyś mówiło się ad rem, in publico, periculum albo status rei publicae, żeby brzmieć jak człowiek światły. Dziś mówi się alignment, workflow, feedback, empowerment, target, milestonenext stepy, żeby brzmieć jak człowiek nowoczesny, projektowy, globalny, dowożący. Zmieniły się tylko dekoracje. Dawny kontusz dostał identyfikator na smyczy.

To jest kod plemienny. W środowisku, które mówi takim językiem, brzmi on normalnie. W korporacji nikogo nie dziwi, że trzeba zrobić alignment, sprawdzić deadline, dowieźć outcome i wziąć ownership za taski. W NGO naturalnie brzmi facylitacja, empowerment, praca na zasobach i tworzenie przestrzeni do rozmowy. W lifestyle’u przychodzą vibe, self-care, mindfulness, strefa komfortu i autentyczność. W startupie wszystko może pivotować, skalować się, pitchować i walczyć o engagement.

Dla człowieka z zewnątrz bywa to jednak doświadczenie osobliwe. Brzmi tak, jakby ktoś mówił językiem z katalogu mebli, instrukcji szkoleniowej i plakatu motywacyjnego jednocześnie. Niby każde słowo coś znaczy, ale całość czasem odrywa się od ziemi. Zróbmy alignment, żeby dowieźć outcome to nie jest zdanie, które można spokojnie powiedzieć na przystanku autobusowym, chyba że człowiek chce, aby pozostali pasażerowie odsunęli się o dwa kroki i zaczęli sprawdzać rozkład jazdy po drugiej stronie wiaty.

Czy ludzie używający takiego języka słyszą, jak brzmią? Niekoniecznie. W bańce językowej własna mowa zawsze wydaje się naturalna. Mało tego, bywa powodem dumy. Poglish jest dziś dla wielu znakiem prestiżu, globalizacji, miejskiego obycia, pracy w projektach, uczestnictwa w świecie, który jeździ na konferencje, zna narzędzia, używa aplikacji i nie mówi już zrobię, tylko dowiozę.

W tym sensie poglish działa jak gwara. Tyle że tradycyjna gwara wyrastała z ziemi, pracy, sąsiedztwa, rodzinnego domu, pola, warsztatu, rzeki, pogody i wspólnej pamięci. Ten nowy język wyrasta z PowerPointa, maila, aplikacji, szkolenia, regulaminu i kalendarza online. Dawna gwara zdradzała, skąd człowiek jest. Nowa zdradza, do jakiego obiegu chce należeć.

Nie byłoby w tym jeszcze wielkiego nieszczęścia, gdyby chodziło tylko o nazwy nowych zjawisk. Język żyje z pożyczek. Komputer, internet, skaner, blog, mail, startup, aplikacja, smartfon, podcast – trudno udawać, że wszystko da się zawsze zastąpić słowem rodzimym, zgrabnym i równie naturalnym. Zapożyczenia bywają potrzebne, wygodne, czasem wręcz nieuniknione. Polszczyzna nigdy nie była zamkniętym skansenem, do którego obce słowo musi pukać trzy razy i pokazywać paszport.

Problem zaczyna się gdzie indziej. Nie wtedy, gdy obce słowo nazywa nową rzecz, lecz wtedy, gdy zasłania starą prawdę. Gdy ghosting zastępuje zwykłe stchórzył i zniknął bez słowa. Gdy nie dowiozłem standardu komunikacyjnego zastępuje zachowałem się jak cham. Gdy mam trudność z ekspozycją emocjonalną zastępuje boję się. Gdy potrzebuję przestrzeni zastępuje nie umiem być blisko. Gdy nie czuję kompatybilnego vibe’u zastępuje nie wiem, czego chcę.

Wtedy poglish przestaje być narzędziem opisu, a staje się tarczą. Człowiek chowa się za cudzym słowem, bo własne byłoby zbyt bliskie, zbyt proste, zbyt nagie. Łatwiej powiedzieć procesuję emocje, niż przyznać: jestem zagubiony. Łatwiej powiedzieć muszę popracować nad komunikacją, niż powiedzieć: przepraszam. Łatwiej mówić o dynamice relacyjnej, niż zobaczyć, że ktoś został zraniony, ktoś uciekł, ktoś się przestraszył, ktoś czegoś nie udźwignął.

Obce słowo daje wtedy elegancką zasłonę. Nie rozwiązuje sprawy, ale oddala ją na bezpieczną odległość. Ból przestaje być bólem, staje się dyskomfortem. Samotność przestaje być samotnością, staje się statusem singla. Chamstwo przestaje być chamstwem, staje się deficytem kompetencji komunikacyjnych. Człowiek nie kłamie, tylko zarządza narracją. Nie manipuluje, tylko pracuje z percepcją. Nie ucieka, tylko potrzebuje przestrzeni.

I tu właśnie firanki zaczynają przeszkadzać. Same w sobie nie są groźne. Można mieć firanki z zagranicy, zasłony z Francji, niemiecki hebel w komórce i angielski ekspres do kawy na kredensie. Groźnie robi się dopiero wtedy, gdy firanki zasłaniają okno tak szczelnie, że nie widać już, kto stoi po drugiej stronie: człowiek, lęk, wstyd, samotność czy zwykłe świństwo.

A jednak w tym całym zamieszaniu jest rzecz zdumiewająca. Polszczyzna, mimo tych wszystkich mód, naleciałości i makaronizmów, trwa. Przez wieki przyjmowała obce słowa, przetwarzała je, odmieniała, ścierała na własnych zębach i często robiła z nich coś swojego. Łacina, czeszczyzna, niemczyzna, włoszczyzna, francuszczyzna, ruszczyzna, angielszczyzna – wszystkie coś przynosiły, coś zostawiały, coś psuły, coś wzbogacały. A mimo to rdzeń języka pozostał rozpoznawalny.

Współczesny człowiek, jeśli oswoi dawną pisownię i trochę archaicznej składni, potrafi jeszcze uchwycić sens wielu tekstów sprzed pięciuset czy sześciuset lat. Nie zawsze łatwo, nie bez trudu, nie bez przypisów, ale jednak czuje, że to jest nasze. W wielu językach takie spotkanie z dawnym tekstem bywa trudniejsze. Angielski Chaucera dla współczesnego Anglika bywa już prawie osobnym światem, podczas gdy staropolszczyzna, choć archaiczna, często wciąż pobrzmiewa znajomo.

To nie znaczy, że polski się nie zmieniał. Zmieniał się bardzo. Inaczej wyglądała pisownia, fonetyka, odmiana, składnia, znaczenia wielu słów, dawne formy czasowników, liczba podwójna, rytm zdania. A jednak w porównaniu z niektórymi językami zachodniej Europy polszczyzna zachowała stosunkowo czytelniejszą ciągłość brzmienia: dawne słowo, nawet jeśli zapisane archaicznie, częściej daje się usłyszeć współczesnym uchem niż w językach, w których wymowa przez wieki silniej oddaliła się od pisma.

Innymi słowy, stare polskie słowo często trzeba oczyścić z dawnej pisowni jak belkę z kurzu, ale pod spodem nadal słychać drewno tego samego domu.

A jednak coś przetrwało. Jakiś układ belek. Jakaś konstrukcja, dzięki której dom języka nie rozsypał się od każdej nowej mody.

Może właśnie dlatego najlepszym obrazem polszczyzny jest stara chałupa, do której co pokolenie ktoś donosi modne firanki z zagranicy, ale belki stropowe wciąż są miejscowe.

Jeden przyniesie łaciński obrazek, drugi francuski kredens, trzeci niemiecki hebel, czwarty rosyjski samowar, piąty angielski ekspres do kawy z funkcją smart. Ktoś zawiesi nowe zasłony, ktoś przemaluje drzwi, ktoś dobuduje ganek, ktoś przyklei na ścianie modny napis, najlepiej po angielsku, bo wtedy nawet kuchnia wygląda jak concept space. Ale gdy przyjdzie burza, gdy zatrzęsie dachem, gdy coś huknie za oknem, człowiek i tak mówi po staremu: Matko Boska, żeby tylko dach wytrzymał.

I to jest najciekawszy paradoks. Polacy z jednej strony kochają swoją mowę, bronią jej, wzruszają się nad nią, pilnują ąę, śmieją się z cudzych błędów, czasem gotowi są walczyć o przecinek jak o granicę państwa. Z drugiej strony bardzo chętnie pudrują polszczyznę cudzymi słowami, zwłaszcza wtedy, gdy chcą zabrzmieć poważniej, mądrzej, nowocześniej albo bardziej światowo. Jakby własny język był dobry do domu, gniewu, żartu i modlitwy, ale do kariery, prestiżu i autoprezentacji trzeba było już pożyczyć coś z zewnątrz.

Może to wynika z historii. Polska przez wieki żyła między silniejszymi centrami: Rzymem, Wiedniem, Paryżem, Berlinem, Moskwą, Londynem, Waszyngtonem. Często to, co przychodziło z zewnątrz, wydawało się bardziej nowoczesne, pańskie, uczone, eleganckie albo skuteczne. Obce słowo stawało się więc nie tylko nazwą, ale przepustką do wyobrażonego lepszego świata. Kto je znał, ten mógł się poczuć mniej prowincjonalny.

Może wynika to także z naszej klasowości. Język od dawna służył do odróżniania ludzi: szlachcica od chłopa, mieszczanina od wiejskiego, urzędnika od petenta, inteligenta od prostaczka, korposzczura od Janusza. Dziś też tak działa. Kto mówi screening call, onboarding, feedbackdeadline, ten pokazuje, że jest w pewnym obiegu. Kto mówi rozmowa wstępna, wdrożenie, uwagitermin, może zostać uznany za kogoś spoza tego obiegu, choć często mówi po prostu jaśniej.

Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że bywał i taki czas, gdy to polszczyzna chodziła po cudzych salonach w pańskim żupanie: rozumiano ją i używano jej nie tylko na Litwie i Rusi, ale także w Moskwie, Pradze czy Saksonii, gdzie polski bywał znakiem obycia, politycznych kontaktów i uczestnictwa w kulturze dworskiej naszej części Europy.

Nie chodzi więc o to, żeby urządzać polowanie na każde obce słowo. Taka krucjata byłaby śmieszna i skazana na porażkę. Język nie jest muzealną gablotą, w której wszystko trzeba chronić przed kurzem historii. Jest raczej domem, w którym ciągle ktoś coś przestawia, wynosi, przynosi, naprawia, psuje, odnawia i dopasowuje do życia. Pytanie brzmi tylko, czy jeszcze wiadomo, co jest ścianą nośną, a co dekoracją z katalogu.

Polszczyzna zniesie eventy, feedbacki, onboardingtargety. Przeżyła już większe najazdy. Da sobie radę z callemdeadlinem, tak jak dała sobie radę z majstrem, szlafrokiem i kredensem. Prędzej czy później część tych słów się oswoi, część zniknie, część zostanie wyśmiana, część spolszczy się tak, że wnuki nie będą już wiedziały, skąd przyszła. Język ma własny żołądek i niejedno już strawił.

Bardziej niepokojące jest co innego: czy człowiek mówiący tym językiem jeszcze wie, co naprawdę chce powiedzieć. Czy pod warstwą eventów, vibe’ów, procesów, kompetencji, komunikacji, przestrzeni i dobrostanu nadal potrafi nazwać rzeczy po imieniu. Czy umie powiedzieć: boję się, zawiodłem, nie wiem, zależy mi, przepraszam, nie umiem, jestem samotny. Czy też potrzebuje do tego całego panelu, warsztatu, sesji, narzędzia i miękkiej moderacji procesu.

Może więc naprawdę potrzebny byłby dziś jakiś onboarding do rozumu. Tylko nie taki z certyfikatem, salą konferencyjną i prezentacją w PowerPoincie. Raczej prosty kurs powrotu do mowy, która nie udaje mądrzejszej, niż jest. Pierwszy moduł: nie każde spotkanie jest eventem. Drugi: człowiek to nie target. Trzeci: rozmowa to nie strategia komunikacyjna. Czwarty: jak nie wiesz, co powiedzieć, powiedz prawdę. Piąty, najtrudniejszy: nie wszystko, co brzmi nowocześnie, jest mądre.

Na końcu takiego kursu nie powinno być testu. Powinna być ławka pod sklepem, przystanek autobusowy, weselny stół, kolejka u lekarza albo zwykła kuchnia, w której ktoś siedzi nad herbatą i nie potrafi zacząć rozmowy. Tam dopiero wychodzi, czy człowiek umie mówić. Nie wtedy, gdy prezentuje, facylituje, moderuje i procesuje, ale wtedy, gdy trzeba powiedzieć coś prostego drugiemu człowiekowi.

Język nie niszczy się od zapożyczeń. Gdyby tak było, polszczyzna dawno leżałaby pod gruzami własnej historii. Język niszczy się wtedy, gdy przestaje służyć mówieniu, a zaczyna służyć ukrywaniu. Gdy przestaje być mostem, a staje się zasłoną. Gdy człowiek nie szuka słowa po to, żeby zbliżyć się do prawdy, lecz po to, żeby prawda wyglądała bardziej elegancko i mniej bolała.

A jeśli kiedyś ktoś zapyta, jak to się stało, że polszczyzna przetrwała tyle mód, naleciałości, okupacji, reform, salonów, kancelarii, szkoleń i prezentacji, można odpowiedzieć krótko.

Zbigniew Grzyb

Z cyklu „PITOLENIE STAREGO GRZYBA” 🍄