Nie, Unia Europejska nie jest Związkiem Radzieckim. W Brukseli nie stoją czołgi, nikt nie wywozi ludzi nocą wagonami na Sybir, a za krytykę Ursuli von der Leyen nie trafia się do łagru. Ale właśnie dlatego porównanie jest tak niewygodne. Bo współczesne systemy kontroli nie potrzebują już drutu kolczastego. Wystarczy kredyt, dotacja, regulacja i odpowiednio wyprodukowany strach.

Związek Radziecki wierzył, że świat można urządzić centralnie — zza biurka, przy pomocy planów, norm i ideologicznych wytycznych. Dzisiejsza Unia robi dokładnie to samo, tylko zamiast pięciolatki mamy „zieloną transformację”, zamiast sekretarzy partii — komisarzy, a zamiast marksizmu — klimatyczny dogmat ubrany w język moralnej wyższości.

Władza? Formalnie demokratyczna. Tak samo formalnie demokratyczny był przecież cały blok wschodni. Tam też odbywały się wybory — tyle że obywatel mógł co najwyżej zatwierdzić wcześniej przygotowany układ. Dziś przeciętny Europejczyk nie ma zielonego pojęcia, kto realnie tworzy unijne prawo, kto pisze regulacje i kto podejmuje decyzje wpływające na ceny energii, rolnictwo czy przemysł. Komisja Europejska wyrasta ponad parlamenty narodowe jak nowa kasta technokratycznych aparatczyków, których nikt nie rozlicza przy urnie w sposób bezpośredni i realny.

A gospodarka? To już niemal podręcznikowy przykład miękkiego centralizmu. Dotacje, fundusze, dopłaty, programy wsparcia — gigantyczna sieć finansowej kroplówki, od której uzależnia się całe branże i państwa. Kto jest „postępowy”, ten dostaje miliardy. Kto stawia opór — temu grozi się sankcjami, blokadą środków albo medialnym linczem. Rolnik ma produkować tak, jak nakaże Bruksela. Fabryka ma emitować tyle, ile wyliczy urzędnik. Kierowca ma jeździć tym, co zaakceptuje ideologia klimatyczna. Wolny rynek? Coraz częściej to tylko slogan na konferencjach.

Najbardziej uderza jednak przemiana ideologiczna. Czerwona flaga została zastąpiona zieloną, ale mechanizm pozostał identyczny. W ZSRR obywatel miał poświęcić swoje życie dla „świetlanej przyszłości proletariatu”. Dziś Europejczyk ma rezygnować z samochodu, ogrzewania, mięsa i taniej energii dla ratowania planety. W obu przypadkach chodzi o ten sam model: człowiek ma być winny, ma się wyrzekać i podporządkować „wyższemu celowi”, którego nigdy nie wolno kwestionować.

Każda herezja spotyka się z reakcją systemu. Spróbuj podważyć sens Zielonego Ładu, a natychmiast usłyszysz, że jesteś „antynaukowy”, „niebezpieczny”, „populistyczny” albo wręcz „wrogi demokracji”. Dokładnie tak działała każda ideologia totalna: najpierw monopolizowała język, potem debatę, a na końcu sumienia.

Absurd osiągnął poziom, przy którym Europa sama podcina własne gałęzie przemysłu, energetyki i rolnictwa, po czym z dumą ogłasza moralne zwycięstwo. Fabryki uciekają do Chin, ceny energii zabijają konkurencyjność, rolnicy wychodzą na ulice, ale brukselski aparat odpowiada kolejną regulacją i nowym pakietem przepisów. Jak w starym dowcipie o komunizmie: „gdy teoria nie zgadza się z rzeczywistością, tym gorzej dla rzeczywistości”.

Najgroźniejsze jest jednak coś innego — przekonanie elit, że zwykły obywatel jest zbyt głupi, by decydować sam o sobie. Dlatego trzeba go prowadzić. Ograniczać. Korygować jego wybory. Opodatkować jego zachowania. Ustawić mu życie według „jedynie słusznych” wartości. To już nie jest Europa wolnych narodów. To projekt wychowawczy dla społeczeństw, które mają myśleć zgodnie z instrukcją.

Historia uczy, że każda ideologia przekonana o własnej moralnej doskonałości wcześniej czy później zaczyna gardzić wolnością. Związek Radziecki robił to brutalnie. Unia Europejska robi to elegancko, w garniturze, przy kawie i pod hasłem ratowania klimatu. Ale mechanizm pozostaje niepokojąco podobny: coraz więcej centralnej władzy, coraz mniej realnej kontroli obywateli i coraz większa obsesja na punkcie „jedynie słusznego kierunku”.

Imperium zawsze zaczyna się od przekonania, że wie lepiej od ludzi. A kończy się wtedy, gdy ludzie mają już dość bycia zarządzanymi.