W Warszawie ponownie przeszedł Marsz Równości. Wśród uczestników nie zabrakło oczywiście tęczowego Rafała Trzaskowskiego, jednego z liderów obozu rządzącego. I właśnie to budzi moje zdziwienie.
Przecież dziś nie mówimy o środowisku walczącym o tolerancje dla swych orientacji. Mówimy o środowisku, które współrządzi państwem, ma większość parlamentarną i realny wpływ na stanowienie prawa. Jeśli uważa, że pewne rozwiązania powinny zostać wprowadzone, ma do tego narzędzia polityczne.
Dlatego coraz częściej odnoszę wrażenie, że takie wydarzenia przestają być manifestacją konkretnych postulatów, a stają się przede wszystkim demonstracją światopoglądową. I właśnie to budzi sprzeciw wielu Polaków.
Nie dlatego, że ktoś chce komukolwiek odbierać prawa. Chodzi raczej o pytanie, czy przestrzeń publiczna powinna być miejscem epatowania seksualnością i prowokacją. Na marszach pojawiają się niekiedy stroje i zachowania, które wielu rodziców uważa za niestosowne w obecności nieletnich dzieci.
Równość nie wymaga szokowania. Szacunek nie wymaga prowokacji. A wolność nie oznacza obowiązku akceptowania każdej formy publicznej ekspresji.
Być może zamiast kolejnych marszów równości bardziej potrzebujemy dziś marszów przyzwoitości, wzajemnego szacunku i odpowiedzialności za przestrzeń wspólną. Bo ulice należą do wszystkich obywateli, niezależnie od ich poglądów, przekonań czy stylu życia.A swoją seksualność zostawcie w domu.
Zostaw komentarz