Dla Ukraińców sprawa jest prosta. Wg ich obecnej historiografii Kozacy buntowali się przeciw „polskim panom”, a zatem były to powstania o charakterze narodowowyzwoleńczym. Sprawa jednak się komplikuje, kiedy pod uwagę weźmiemy trzecią stronę – Rosję.
Starożytni Rzymianie znali maksymę doskonale tłumaczącą nie tylko zachowania jednostek, ale i większych społeczności, państw nie wykluczając.
Is fecit, cui prodest. Ten uczynił, kto odniósł korzyść. Rzecz jasna sprawa nie jest aż tak prosta – różne bowiem są formy popełnienia przestępstwa. Czym innym jest podżeganie, a czym innym sprawstwo czy pomocnictwo.
Chiński generał, żyjący jakieś 600 lat przed Chrystusem, Sun Zi w swoim fundamentalnym dziele Sztuka wojny (do tej pory wykładane na uczelniach wojskowych Rosji i Ukrainy!) pisał:
Zabić pożyczonym nożem
(…) Innym sposobem zastosowania tej taktyki jest wywołać niezgodę między twoim wrogiem, a kimś trzecim. W tak wywołanym sporze twój przeciwnik zużyje swoje zasoby, bądź odwróci uwagę od twoich przygotowań. Oświecony gracz i strateg doprowadza do tego, aby inni walczyli za niego i albo wygrali, albo też wkracza w finalnej fazie rozgrywki, zagarniając zwycięstwo dla siebie.
Popatrzmy na kozackie bunty, towarzyszące Rzeczpospolitej przez dwa wieki aż do jej końca, okiem chińskiego teoretyka wojny.
Wg historyków pierwszy był bunt Kosińskiego (1591-93). Krwawo stłumiony przez wojska koronne, co w tamtych czasach było regułą.
Nawet w Świętym Cesarstwie Narodu Niemieckiego (1524-1525 Bauernkrieg – wojna chłopska).
Ale popatrzmy na naszą granicę wschodnią. Powstanie Kosińskiego wydaje się ruskim odwetem za zwycięską wojnę z Rosją prowadzoną przez Batorego (1577-1582). Zaraz po nim wybuchło powstanie Nalewajki (1594-96). Moskwa przypuściła atak w 1609 roku.
Ich potężna armia, wspomagana przez korpus szwedzki wiozła przede wszystkim… kajdany, w jakie miano zakuwać polskich jeńców.
4 lipca 1610 roku hetman Żółkiewski rozbił szwedzko-rosyjskie siły pod Kłuszynem (raptem 150 km od Moskwy).
A potem przez dwa lata polska załoga stacjonowała na Kremlu.
Korelację wojen z Moskwą i powstaniami kozackimi jeszcze wyraźniej widać nieco później.
Po śmierci Zygmunta III Wazy Moskwa spróbowała odzyskać Smoleńsk i inne ziemie utracone na rzecz Rzeczpospolitej. W 1632 roku wybuchła wojna, zakończona dwa lata później zwycięstwem Polaków.
W tym czasie buntowali się Kozacy.
Powstania: Żemajły – 1625 i Fedorowicza – 1630. Moskwa uderzała zatem na osłabioną Rzeczpospolitą.
Kolejne, już po zakończeniu batalii: Sulimy – 1635, Pawluka – 1637 i Ostranicy – 1638. Zbyt małe, aby poprzedzać kolejną wojnę.
Raptem 10 lat spokoju i kolejny wybuch – największa rebelia, czyli powstanie Chmielnickiego.
Po 6 latach wyjątkowo okrutnej wojny i nawet zawarciu w 1649 r. tzw. Ugody Zborowskiej 18 stycznia 1654 r. doszło do niespodziewanej dla Warszawy wolty Chmielnickiego – otóż została zawarta tzw. ugoda perejasławska, oddająca Ukrainę po wsze czasy Moskwie.
Przygotowania do niej miały miejsce wcześniej. Jeszcze w październiku 1653 r. car Aleksy I Romanow zwołał Sobór Ziemski, na którym zadecydowano o zerwaniu traktatu pokojowego z Rzeczpospolitą oraz o wcieleniu Ukrainy Naddnieprzańskiej do Rosji. Postanowiono wtedy również o wszczęciu wojny z Rzeczpospolitą. Jeśli więc przyjrzeć się chronologii prawdopodobieństwo, że w istocie Chmielnicki był carskim agentem zbliża się wyraźnie do pewności.
Już po Perejasławiu wojska rosyjskie przystąpiły do ofensywy. Zajęte zostały miasta litewskie – Wilno, Smoleńsk i Grodno. I dopiero wtedy, korzystając z okazji, Polskę zaatakowała Szwecja.
Na szczęście dla nas Rosja walczyła ze Szwecją o dostęp do Bałtyku zatem na czas trwania potopu szwedzkiego zawarła chwilowy rozejm z Rzeczpospolitą. Bardziej bowiem bała się wzmocnienia swojego największego wroga.
Rozejm trwał aż do końca walk ze Szwecją. Wówczas wojna została wznowiona. Mimo zwycięstwa pod Cudnowem musieliśmy zrzec się na korzyść Moskwy Smoleńska i całej lewobrzeżnej Ukrainy.
W 1686 roku został podpisany traktat pokojowy w Moskwie. Najwyraźniej zaspakajał on carski apetyt na zachodnie ziemie, albowiem… bunty kozackie ustały.
Kolejne powstanie miało miejsce już w XVIII wieku. I również zbiegało się w czasie z wojną, toczoną na terytorium Rzeczpospolitej, która początkowo przynajmniej usiłowała zachować… neutralność!
Mowa o III wojnie północnej, podczas której Rosja ostatecznie złamała potęgę Szwecji. Wojnie towarzyszyło powstanie Paleja (1702-1704, chociaż ostatnie oddziały zostały pokonane dopiero w 1714 r.), wprowadzając zamęt na tyłach szwedzkiej armii i uniemożliwiając w dużym stopniu jej aprowizację.
I znowu spokój. Aż do… pierwszego polskiego antyrosyjskiego powstania zwanego Konfederacją Barską.
29 lutego 1768 roku zostaje ona zawiązana w Barze na Podolu a już w czerwcu tego samego roku wybucha koliszczyzna. W ciągu dwóch miesięcy zniszczono dobra należące do konfederatów drastycznie umniejszając ich zdolności finansowe. Wymordowano wg różnych szacunków nawet 200 tys. ludzi – głównie Polaków, ale też Żydów.
Po raz pierwszy w dziejach polsko-rosyjskich została wskazana przyczyna. Wg specjalnej komisji powołanej przez Sejm Czteroletni bunt Żeleźniaka i Gonty wynikł z poduszczenia rządu rosyjskiego.
Teza ta została potwierdzona przez szereg współczesnych nam historyków.
Skąd wzięła się aż taka nienawiść próbowano odpowiedzieć sobie przez wieki. Tymczasem sprawa jest prostsza, niż się wydaje.
Poza jakąkolwiek dyskusją jest to, że życie prostego chłopa na terenach RP było o wiele wygodniejsze, niż w Rosji, Austrii czy Cesarstwie.
To, co dzieliło, to nie był żaden „ucisk narodowościowy”, jak podnoszą na Ukrainie.
Tym, co dzieliło najbardziej, była wiara.
Dlatego tak brzemiennym w skutki okazał się upadek Konstantynopola (1453).
Kościół prawosławny na ziemiach Rzeczpospolitej formalnie podlegał pod Patriarchat Konstantynopolski; musimy pamiętać, że już w XVI i XVII wieku był on zależny od Moskwy.
Turcja co prawda w jakimś zakresie była tolerancyjna i pozwalała żyć na jej terenie innowiercom, ale nakładała na nich specjalne podatki (dżizja oraz charadż – pierwszy od ludzi, drugi zaś od nieruchomości). To sprawiało, że bez pieniędzy z Moskwy Patriarchat nie byłby w stanie przetrwać. A jak wiadomo od czasów starożytnych Fenicjan – kto płaci, ten wymaga.
Ówczesnym długim ramieniem Moskwy w I RP był zatem kler prawosławny.
Nie było żadnej walki narodowowyzwoleńczej, ale o wiele bardziej okrutna wojna religijna.
To zresztą widać było podczas koliszczyzny, gdy często na szubienicy wisieli razem Polak, Żyd i… pies. Na przybitej do belki desce widniał zaś napis:
Lach, Żyd i sobaka, wse wira odnaka.
Ale wtedy prawosławna Metropolia Kijowska podlegała już od ponad trzech pokoleń Patriarchatowi Moskiewskiemu (od 1685 r.).
Wraz ze zwycięstwem Rosji w wojnach z Polską (mimo wielu naszych triumfów, w tym okupacji Kremla przez dwa lata – nikomu innemu to się nie udało!) ustały powstania na Ukrainie.
Do kolejnego doszło dopiero podczas ostatniej wojny.
11 lipca 1943 roku. Krwawa Niedziela. Ukraińcy rozpoczęli skoordynowany mord osiadłej na tych ziemiach od pokoleń polskiej ludności.
Patrzmy jednak chłodnym okiem w myślach mając cytowaną już zasadę Sun Zi.
Po początkowych sukcesach (1941-42) Wehrmacht zaczyna cofać się na całym froncie.
Kilka miesięcy wcześniej sowieci zlikwidowali resztki 6 armii von Paulusa w stalingradzkim kotle.
Czy w takiej sytuacji z punktu widzenia UPA nie byłoby racjonalne szykować się do walki z nadciągającym wrogiem? Pamiętamy przecież, że ostatnie oddziały UPA przetrwały do lat 1960-tych! Do końca walcząc z armią i milicją sowiecką.
Zamiast tego wybucha walka z innymi ofiarami systemów totalitarnych Rosji i Niemiec. Statystyki są bezlitosne. Polskich ofiar ok. 120 tysięcy, żołnierzy niemieckich ok. 700 (siedemset). I jakieś 5, góra 6 tysięcy sowietów.
Powyższe liczby mówią jedno – UPA prowadziła wojnę przede wszystkim z Polską.
I była to najprawdziwsza wojna na wyniszczenie – po stronie ukraińskiej też były ofiary.
Nadzieja, że bitwa na Łuku Kurskim odwróci losy wojny nie mogła być motorem wystąpienia UPA, bo po stronie niemieckiej operacja Zittadel (Cytadela) była utajniona.
O bitwie dowiedziano się dopiero z moskiewskiego radia.
Już po.
Za to z perspektywy Kremla rzeź wołyńska miała sens.
W kategoriach taktycznych – wprowadzała zamęt na zapleczu wroga i wpływała w sposób istotny na jego zdolność logistyczną, co w realiach II wojny światowej miało podstawowe znaczenie.
W kategoriach geopolitycznych natomiast – usuwała ludność polską z terenów, które w przyszłości mogły być objęte plebiscytem. Przecież w połowie 1943 roku Stalin mógł się spodziewać rozwiązań analogicznych do tych wcześniejszych o dwie dekady, zaraz po zakończeniu I wojny światowej.
Również wzajemna walka dwóch potencjalnych przeciwników władzy sowieckiej była jak najbardziej na rękę Stalinowi.
Pamiętamy przecież, co rok później działo się kilkaset kilometrów dalej na zachód, w walczącej Warszawie.
Potencjalni wrogowie sowieckiego komunizmu wykańczali się wzajemnie.
Tak wygląda prawdziwa historia „walk wyzwoleńczych” uciskanego rzekomo przez polskich panów „1500- letniego” (wg Zełenskiego) narodu ukraińskiego.
Nie traktujcie tego tekstu jak usprawiedliwienie bowiem to, że naprzód ślepo realizowali carską dywersję, w XX wieku zaś stalinowską ani o jotę nie umniejsza winy poszczególnych Ukraińców, hajdamaków jak i całego UPA w szczególności.
Stalin osobiście nie zabił ani jednego Polaka. Podobnie car.
To uczynili sąsiedzi, często w sposób, jaki wymyka się ludzkiej wyobraźni.
Cała zatem współczesna martyrologia niepodległościowa Ukrainy tak naprawdę stanowi kult carskich i stalinowskich dywersantów, przy okazji zaś w znacznej mierze ludobójców.
A na dodatek uważają Chmielnickiego za ukraińskiego gieroja, choć ów na wieki oddał ich Moskwie.
Tym się właśnie różnimy jako Narody.
W Polsce targowiczanie nie uchodzą bowiem za bohaterów.
15.06 2026
Zostaw komentarz