Swoje 80-lecie obchodzi dziś Leszek Miller. Jedni mu klaszczą, inni buczą, on sam – jak wynika z ALFABETU LESZKA MILLERA- poklepuje wszystkich po ramieniu.

A ja go pamiętam tak:
… Poznałem Leszka Millera gdzieś w połowie lat 90., gdy był ministrem pracy i spraw socjalnych. Nasze wnuki(mój Michał, jego Monika) były równolatkami, a my byliśmy wspólnego zdania, że bardziej kocha się wnuki niż dzieci. Miller, który przez lata kojarzył mi się z typowym partyjnym aparatem, w czasie tych rozmów nabierał ludzkich kształtów. To były takie dziadków rozmowy.

Po kilku latach został ministrem spraw wewnętrznych i administracji, a ja postanowiłem wykorzystać tę znajomość. Jego partia w stanie wojennym zdelegalizowała Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, którego byłem wieloletnim członkiem. Oni powołali swoją Socjaldemokrację Rzeczypospolitej Polskiej, a my spotykaliśmy się po kościołach, robiliśmy paczki z zagranicznej pomocy dla naszych kolegów, pisaliśmy pod pseudonimami w podziemnej prasie. Jednym słowem, knuliśmy.

Już po wyzwoleniu z komuny pisaliśmy jakieś odwołania, pisma, nękaliśmy urzędy, by przywrócić działalność SDP i odzyskać zagrabiony
majątek. A mógł tego dokonać właśnie minister spraw wewnętrznych,
czyli Leszek Miller.

Po telefonie zjawiłem się o godz. 21 w ponurym gmachu przy ul. Rakowieckiej 2. Do gabinetu ministra doprowadził mnie oficer, a w drzwiach minąłem
się z Janem Kulczykiem i Leszkiem Millerem juniorem, którzy właśnie opuszczali wspólnie pokoje.

– Mam dla ciebie taką propozycję – powiedziałem. – Przywróć do normalnej,
legalnej działalności SDP, a ja postaram się, by w zbliżających się
wyborach moi koledzy dziennikarze nie za bardzo pastwili się nad tobą…

Wiedziałem, że przekraczam wszelkie kompetencje władz stowarzyszenia, ale lubię grać o duże stawki. Po kilkunastu minutach rozmowy Miller przystał na tę propozycję.

Czekałem, czekaliśmy, czekałem, ale zwrot nie następował. Dzwoniłem,
ale sekretarka ministra dobrze wyszkolona w „szef właśnie prowadzi naradę” i inne takie olewała mnie po prostu. Wśród kolegów stałem się mitomanem
i czułem się podle wykiwany przez cwanego lisa.

Ale czas upływał, a Millera na stołku MSWiA zastąpił działacz AWS Janusz
Tomaszewski. Ten zaś złożył swój podpis już w pierwszym dniu urzędowania i SDP rozpoczęło swój kolejny żywot, który doprowadził je – piszę to z dzisiejszej perspektywy – do zaprzeczenia wszelkim wartościom dziennikarskim.

Gdzieś po paru miesiącach, na jakiejś oficjałce, spotykam Millera już w innej, kolorowej szacie. I pytam: – Dlaczego nie dotrzymałeś słowa? Trochę się zmieszał i odpowiedział: – Wiesz, musiałem rozpoznać sytuację i skontaktowałem się z waszymi konkurentami, SDP RP. I oni byli przeciw. A to przecież moi ideowi przyjaciele…

Potwierdziło się, że polityka to wielkie szambo, interesy własnego ugrupowania
zawsze stoją przed interesami ogółu. Najpierw własna dupa, potem partia, a na końcu Polska.

Autor: Andrzej Bober
Polski dziennikarz z dyplomem magistra ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego. Jak ktoś pamięta LISTY O GOSPODARCE, to dobrze.Jak nie to przeżyję. Mam swoje lata, więc przed funkcjami zawsze będzie – „były” redaktor ŻYCIE GOSPODARCZE, ŻYCIE WARSZAWY (w latach 90-tych redaktor naczelny), TVP (dziennikarzyna podniesiony później przez premiera T.Mazowieckiego do roli DYREKTORA GENERALNEGO, mało się sprawdził). Komentator radiowy i telewizyjny. Byłem członkiem Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie i pomagałem LW w przygotowaniu do debaty z A.Miodowiczem, która zapoczatkowała przemiany demokratyczne w Polsce. Właściciel firmy doradzającej gminom pozyskiwanie funduszy unijnych. Wykładowca akademicki.