Miało być trzęsienie ziemi. Miały być niepodważalne dowody, spektakularne rozliczenia i polityczny nokaut. Zapowiedzi brzmiały tak, jakby za chwilę miała runąć połowa państwa pod ciężarem sensacyjnych odkryć.
A tymczasem? Coraz częściej słychać nie huk, lecz echo własnych zapowiedzi.
Jeśli nawet sąd nie podziela entuzjazmu autorów kolejnych wniosków, to trudno nie zadać pytania: czy problemem naprawdę jest brak determinacji, czy może brak materiału, który wytrzymałby zderzenie z przepisami i procedurami?
Polityka uwielbia wielkie hasła. Gorzej, gdy po konferencjach prasowych zostają jedynie nagłówki, a w aktach brakuje tego, co miało być „miażdżącym dowodem”. Wtedy zaczyna się dobrze znany spektakl: winni są wszyscy dookoła – sądy, procedury, przepisy, a najlepiej jeszcze pogoda.
Obywatele mają jednak prawo oczekiwać czegoś więcej niż kolejnych zapowiedzi. Jeśli przez miesiące słyszą, że dowody są oczywiste, to naturalnie spodziewają się, że prędzej czy później ktoś je zobaczy. Gdy zamiast tego pojawiają się kolejne przeszkody i kolejne tłumaczenia, trudno nie odnieść wrażenia, że narracja wyprzedziła rzeczywistość.
Może więc warto zakończyć festiwal wielkich deklaracji. Bo w państwie prawa nie wygrywa ten, kto najgłośniej krzyczy na konferencji prasowej. Wygrywają fakty. A jeśli faktów nie wystarcza, żaden polityczny teatr nie zastąpi dowodów.
Można oczywiście nadal przekonywać, że „tym razem już na pewno”. Tylko że z każdą kolejną zapowiedzią bez pokrycia coraz trudniej oczekiwać, że publiczność będzie biła brawo.
Zostaw komentarz