Piszę to teraz, dopóki ustawa 3003 jeszcze mi tego prawa nie odebrała.
Są w historii momenty, w których milczenie staje się cichym współudziałem w kłamstwie, ale każde wypowiedziane publicznie słowo wymaga dziś podwójnej, wręcz chirurgicznej odpowiedzialności. Dlatego zaznaczam na samym wstępie, z pełną powagą i spokojem: nie jest moim celem szerzenie jakiejkolwiek dezinformacji ani budowanie spiskowych teorii. Jako obywatel, który z narastającym niepokojem patrzy na rozpad fundamentów własnego państwa, chcę po prostu poddać pod Waszą rozwagę kilka spostrzeżeń. Zdaję sobie sprawę, że to temat tak potężny, wielowątkowy i po ludzku bolesny, że niezwykle trudno zamknąć go w ramach artykułu. Nie wiem, czy w pełni mi się to uda, ale nie potrafię przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego.
To, co wydarzyło się w sobotę na krakowskim Rynku – gdzie padły strzały z karabinka, zginęli niewinni ludzie, a ciężko ranni policjanci przelewali krew – w powiązaniu z makabrą wymordowanej rodziny w Ostrowcu Świętokrzyskim, nie wydarzyło się w próżni. Zbiegło się z najgłębszym kryzysem społecznym i ustrojowym, jakiego to pokolenie jeszcze nie widziało.
Przez ostatnie kilkanaście dni aparat władzy metodycznie pompował w nas psychozę strachu. Zamiast spokoju i budowania poczucia elementarnego bezpieczeństwa, karmiono nas z oficjalnych gabinetów alarmami o nieuchronnych aktach dywersji, prowokacjach i wiszącym w powietrzu terroryzmie. Paski informacyjne spłynęły krwistą czerwienią, a ze stolicy zrobiono garnizon, ściągając z całego kraju policyjne kordony do nocnego szturmu na Trybunał Konstytucyjny. Do tego dołożono bezwzględne czystki i dyscyplinarki w mundurach – choćby przez represjonowanie policyjnego związkowca tylko za to, że odważył się publicznie skrytykować działania przełożonych.
I tu dochodzimy do drugiego bieguna, który u mnie wywołał głęboki szok. Bo gdy doszło do zamachu na ustrój pod Trybunałem, środowiska opozycyjne słusznie ogłosiły stan najwyższego alertu – sprawa miała przecież fundamentalną wagę ustrojową. Ale to, co wydarzyło się zaraz potem, wprawiało w osłupienie. Zamiast powagi i majestatu obrony prawa, pod gmachem sądu zafundowano Polakom odpustową cepeliadę: jarmark ze śpiewającymi posłami, telemarketing i kawiarniany kabaret. Ten dysonans między krzykiem o śmiertelnym zagrożeniu dla państwa a festynową szopką doszczętnie odarł kryzys z powagi, pogłębiając w społeczeństwie cynizm i poczucie absurdu.
W tym toksycznym kotle, gdzie zwykli ludzie zaczęli skakać sobie do gardeł w sklepach, na drogach i przy rodzinnych stołach, eksplodował dramat w Krakowie.
Nie zamierzam bawić się w prokuratora ani ferować wyroków, dopóki biegli nie skończą swojej pracy na twardych dyskach. Ale nie musimy operować suchym, niezrozumiałym żargonem kryminalistycznym, by zobaczyć anatomię zła. Przecież ten 24-letni tokarz nie zaczął swojego rajdu na Rynku. Zaczął go w Ostrowcu, od potwornego zabójstwa własnej matki, ojca i siostry. Ktoś, kto podnosi rękę na własną krew, pali za sobą wszelkie mosty łączące go z człowieczeństwem. Wchodzi w ślepy, tunelowy amok, z którego nie ma powrotu. Spakowanie broni i wyjazd w zatłoczone serce Krakowa było już tylko szukaniem hekatomby – szałem zabijania na oślep i dążeniem do spektakularnej śmierci pod kulami policyjnego patrolu.

Ślady, które wyłapali ludzie w sieci przed ich wygaszeniem (dość odległe w czasie, warto zauważyć, ale zakładam, że autentyczne) – prostackie profanacje wizerunku Jana Pawła II z puszką taniego piwa, drwiny z wiary, nihilizm, piracka flaga z sercem przekłutym włócznią czy ukraiński Tryzub – nie mają nic wspólnego z jakimkolwiek konserwatywnym czy patriotycznym etosem. Do tego zdjęcie chłopaka stojącego nieśmiało na podium, ze splecionymi rękami. To portret internetowego outsidera, zblazowanego edgelorda zafiksowanego na militariach i zapewne nienawiści do otoczenia. Na co dzień pewnie tego, o którym po tragedii sąsiedzi mówią: „to był taki cichy, grzeczny chłopak i zawsze mówił dzień dobry”. Tyle że nawet skrajnie wypaczona psychika rzadko detonuje bez iskry z zewnątrz. Gdy ktoś niestabilny przez całe tygodnie oddycha atmosferą histerii, widzi rozpad autorytetów, kordony na ulicach i wszechobecny jad, w jego chorej głowie mógł powstać impuls: skoro cały świat wariuje i płonie, to mnie wolno wszystko.
I w tym właśnie momencie zobaczyliśmy rzecz najbardziej odrażającą: polityczną instrumentalizację ludzkiego nieszczęścia.
Zapytajmy wprost o elementarne reguły funkcjonowania państwa. Dlaczego w każdym cywilizowanym kraju po masowej zbrodni służby i administratorzy sieci w trybie pilnym blokują profile sprawcy? Przecież wie to każdy śledczy i analityk: robi się to po to, by zabezpieczyć nienaruszony materiał dowodowy dla sądu, ochronić niewinnych znajomych ze zdjęć przed samosądem, a przede wszystkim – by nie dawać mordercy chorej sławy, odciąć ewentualnych naśladowców i bezwzględnie zdusić płomień społecznej histerii. Obowiązkiem państwa jest ten pożar gasić i chłodzić emocje w imię dobra śledztwa.
Tymczasem po obu stronach naszej sceny politycznej natychmiast znaleźli się ludzie, którzy postanowili potraktować tę tragedię jak amunicję. Zanim technicy zdołali zabezpieczyć ślady w Krakowie i Ostrowcu, zaroiło się od gorączkowych, nieodpowiedzialnych komentarzy rzucanych w sieć – prób natychmiastowego dyskontowania zbrodni i rzucania politycznie użytecznych oskarżeń bez jakiejkolwiek weryfikacji faktów. Co jest tragiczne wręcz, po stronie rządowej minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński zachował się jak polityczny piroman na konferencji prasowej – informując, że śledztwo nie przyniosło jeszcze żadnych ustaleń – oświadczył przed kamerami, że sprawca „miał bardzo radykalne poglądy”, uściślając bez cienia dowodu, że były to poglądy „ultranacjonalistyczne” i że był „zafascynowany ideologiami skrajnie prawicowymi”, wprost podpalając nastroje w dniu, gdy w tym samym Krakowie odbywała się wcześniej wielotysięczna manifestacja obozu patriotycznego.
I w tym całym ogłuszającym jazgocie, w tym festiwalu politycznych hien rzucających się na świeżą krew, wydarzyła się rzecz niezwykle frapująca. Jedynie dwaj najważniejsi ludzie w państwie – Prezydent Karol Nawrocki i Premier Donald Tusk – zachowali w swoich wystąpieniach profesjonalny, państwowy i powściągliwy ton. Tusk skupił się na faktach operacyjnych, chwalił bohaterstwo policjantów i zaapelował o nieupolitycznianie tragedii. Nawrocki odrzucił partyjne swary, stanął w powadze żałoby, wezwał do modlitwy pod symbolem krakowskiej Piety i objął natychmiastowym wsparciem poszkodowane rodziny oraz rannych funkcjonariuszy.
Czy wynika to z ich prawdziwej natury i formatu politycznego, potwierdzonego wcześniejszymi wystąpieniami? Czy może po prostu obaj są na tyle wytrawnymi politykami, że doskonale wiedzą, iż sami nie muszą brudzić sobie rąk tańcem na trumnach? Tego nie wiem, a jedynie się domyślam.
Nie zamierzam tu niczego przesądzać ani sugerować. Każdy, kto trzeźwo patrzy na polską scenę polityczną, sam dostrzeże autentyzm czy grę.
Polska nie potrzebuje dziś podsycanej z gabinetów psychozy ani urządzania polowań na czarownice na grobach ofiar nihilistycznego amoku. Potrzebujemy prawdy, chłodnego profesjonalizmu służb i elementarnej przyzwoitości. A przede wszystkim musimy spojrzeć w lustro i stłumić nienawiść we własnych sercach – zanim ten ogień, podsycany przez cyników, strawi resztki naszego wspólnego domu.
Owszem, oskarżam.
Chyba rozumiecie, że w moim głębokim przekonaniu tę winę – za milczenie, za obojętność, za uleganie podsycanej z góry nienawiści – ponosimy dziś po prostu my wszyscy.
I wybaczcie, lecz jestem wyczerpany, dlatego nie podejmę żadnej dyskusji.
Autor: Arkadiusz Seweryn Sadowski
Przedstawiciel Pokolenia X (rocznik 1970), na co dzień patrzący na Polskę ze śląskiej perspektywy Bytomia (Szombierek). W dorosłość wchodził wraz z narodzinami Trzeciej Rzeczypospolitej i do dziś ma nieodparte wrażenie, że do tych narodzin nigdy w pełni nie doszło. Z przekonania państwowiec o poglądach centroprawicowo-wolnościowych. Od lat konsekwentny krytyk partyjnego duopolu i postkolonialnego systemu wyborczego, zwolennik ordynacji większościowej (JOW) oraz pełnej odpowiedzialności urzędniczej. Nie uważa się za działacza ani wyrocznię – po prostu nie potrafi otaczającej rzeczywistości zostawić bez wnikliwej analizy i chłodnego komentarza. Z zamiłowania pisze wiersze, choć z wrodzonej pokory nie śmie nazywać siebie poetą.
Zostaw komentarz