Wiem, że nie czekaliście, dlatego piszę. Prawdopodobnie właśnie mijamy realny szczyt zachorowań w czwartej fali – w danych ten szczyt jak zwykle zobaczymy z ponad tygodniowym opóźnieniem, czyli gdzieś przed Mikołajem.
W tekście z początku października (czytaj tutaj) sygnalizowałem, że czwarta fala może być analogiczna do trzeciej, ale jednocześnie nawet 2-3 krotnie mniejsza. Wygląda na to, że będzie analogiczna. Pierwszej fali w Polsce nie było, w drugiej fali szczyt zgonów osiągnęliśmy na poziomie 220% „normy”, w trzeciej – na poziomie 177%. Obecnie jest już 153% (dane za 15-21 listopada), ale zważywszy, że szczyt zgonów nastąpi za jakieś 2-3 tygodnie, pewnie dobijemy do tych 175%. Ale podobnie jak zimą zeszłego roku, będziemy powoli opadać (inaczej niż latem).
Więcej za przeproszeniem „szkoda strzępić ryja” – już w październiku pisałem, że rząd przyjmie strategię laissez faire, co najwyżej zamknie szkoły. Szkół nie zamknął odgórnie, szkoły zamknęły się oddolnie. Tyle że bez zasiłków opiekuńczych dla rodziców, więc zasadniczo wolna amerykanka. Ludzie są już wkurzeni na inflację, i sądzę, że to ich niespecjalnie uspokaja, choć zasadniczo na pandemię mamy (znów za przeproszeniem) wywalone.
Jest jednak jeden wyjątek – być może materializuje się ryzyko, które sygnalizowałem w tekście. Nazywa się B.1.1.529, zwany jako wariant Nu. Pojawił się 11 listopada w Botswanie, stamtąd przelazł do RPA. Generalnie jeśli delta jest zaraźliwa jak wiadomo co, to jest igraszką przy nu… Nie wiadomo, jakie daje objawy kliniczne, ale z anecdata z RPA na razie wynika, że jest na tyle różnym wirusem ze względu na liczbę mutacji, że ozdrowieńcy chorują (nie wiadomo, co z zaszczepionymi). Dobra, wiem, że w RPA już wyrósł wariant beta, który miał być killerem, a okazało się, że nie jest, więc z dystansem, ale jednak rację mogła mieć kanclerz Merkel, która stwierdziła na początku tego roku, że wariant alfa to nie żadna nowa fala, tylko po prostu kolejna epidemia.
Jakkolwiek, wciąż podtrzymuję tezę sprzed dwóch miesięcy, że po czwartej fali w Polsce przechoruje już tyle ludzi, że jakąś odporność będą mieć prawie wszyscy, a COVID-19 stanie się niczym grypa. Wariant nu trochę to moje przekonanie testuje, ale na razie go nie zmieniam. Alternatywą jest ugrzęźnięcie w covidowym bagnie na lata…
Nijak to nie zmienia faktu, że po tej fali dobijemy do jakichś 180 tys. zgonów, co będzie oznaczało, że w niewiele ponad rok wyparowało miasto wielkości Rzeszowa. Wiem, że ludzie umierają na nowotwory i giną w wypadkach samochodowych, i nie palimy dla nich świeczek w oknach, ale jednak te 180 tys. ofiar przeraża.
Polecam mój felieton w Dzienniku Polskim (czytaj tutaj) poświęconym właśnie czwartej fali. Dodatkowo polecam rozmowę z Miłada Jędrysik (czytaj tutaj) – poza jednym detalem to bardzo dobra rozmowa (szczyt zgonów i zapaści ochrony zdrowia w II fali był na przełomie października i listopada, a nie listopada i grudnia, ale piszę to wyłącznie z przyczynkarsko-kronikarskiego obowiązku). No i jeszcze raz przypominam swoją analizę z początku października.
Autor: dr Marcin Kędzierski
Główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Stały autor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego oraz stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”. Adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec czwórki dzieci, radny sołecki i działacz wiejski.
Zostaw komentarz