Pisałam już chyba o tym, że po 38 latach, nasza dawna sąsiadka z ulicy Kopińskiej pani Sabina Jaczyńska znalazła w swoim domu pod Sochaczewem, w czasie remontu, nasze papiery z czasów stanu wojennego? A właściwie nie tyle w samym domu, co w drugim małym domku w ogrodzie. Zostały starannie i pracowicie zabezpieczone i umieszczone 38 lat temu w nadsufitce tego domku, przez jej nieżyjącego już męża – pana Kazika. Pewno chcieliśmy je ukryć na wypadek rewizji, a potem wyjechaliśmy do Stanów i wszyscy o tym całkiem zapomnieli….
Wśród papierów są fragmenty dzienników pisanych przeze mnie w 82 r (część w formie listów do siedzacego jeszcze narzeczonego).
Bardzo byłam wtedy młodziutka. Czasem trochę to irytujące i gdy widzę dziś, jak oceniałam i z literackim zacięciem opisywałam (zawsze miałam skłonność do porządkowania i oceniania spraw i bliżnich 😉) różnych ludzi – trochę jestem tym zażenowana, a trochę rozbawiona. A czasem te zapiski są zaskakująco dojrzałe.
Ogladajac te papiery uświadomiłam sobie jedną ciekawą rzecz: człowiek, który walczy, nie roztkliwia się nad sobą. Nie sentymentalizuje rzeczywistości. Musi przetrwać. Niesamowite wprost, jak wiele z tych złych rzeczy ja z tamtego czasu, natychmiast zapomniałam… czy może raczej nie tyle całkiem zapomniałam, co zepchnęłam zaraz gdzieś do zakamarków mózgu, by móc maszerować dalej.
A oto wpis z 1 maja 82 r. dwa dni po zwolnieniu z internowania, gdy zdołałam już dojechać z obozu w Darłówku do domu. Myślę, że mówi wiele – czasem rzeczy o których ja już dziś zapomniałam.
* * *
„No i jestem na „wolności”! Przyjechałam wczoraj wieczór. Przedwczoraj rano wszedł, kiedy jeszcze spałam, „król Ubu” czyli płk. Janur i oświadczył: „pani Romaszewska idzie pani na przepustkę”. Nie wiedziałam w ogóle czy on zartuje, czy mi się wydaje. Chyba trochę się cieszyłam. Głupia! Dziś jest sobota. W środę pojadę na Białołękę, bo pewno już są widzenia. No ale mnie pewno i tak nie dadzą. Narazie jestem ogłupiała i przyciśnięta stukilogramowym ciężarem. Jaka straszna ta „wolność”.Mój dom… Coś co kiedyś było domem. Brud, chaos, połowa rzeczy wyniesionych przez ubecję. Wizyty do babci z pytaniami, czy aby nie pojechałaby rozpoznać zwłok do prosektorium, bo tam są zmasakrowane zwłoki i może to jest jej syn. Podsłuch wszędzie, chyba nawet w ubikacji (jakiś czas temu zabrali babcie na komendę i zabrawszy jej klucze, trzymali ją tam kilka godzin). I nikogo. Pusto. Twoje koszule w szafie, mamy szlafrok na haczyku w łazience. Weszłam do domu około 21 pierwszej. Usłyszałam radio. Sygnał: pierwsze takty „Siekiera motyka, bimber, szklanka… siekiera motyka bimber szklanka…” I tak dobrze mi znany głos kobiecy: „Tu Radio Solidarność, tu Radio Solidarność, przy mikrofonie organizator rozgłośni Zbigniew Romaszewski” i tata czytający coś.
Boję się. Tak strasznie się o nich boję. Wychodziłam z interny przekonana, że wyzwoliłam się ze strachu. Nie boję się, przysięgam ci, więzienia, dołków, intern, ubeków. Tak bardzo naprawdę się ich nie boję. No i siedzę teraz w więzach strachu najstraszniejszego ze wszystkich, strachu o ludzi, których kocham…”.
Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.



Zostaw komentarz