To nie jest przypadek.
To jest plan.
Ustawa o tzw. „aktywnym rolniku” nie jest oderwanym pomysłem jednego resortu ani „techniczną korektą” systemu dopłat. To element większej układanki, w której polskie rolnictwo ma zostać zredukowane, podporządkowane albo wypchnięte z rynku. A jeśli trzeba – po prostu zlikwidowane.
Dokładnie tak, jak chce Bruksela.
Gdy Unia Europejska forsuje umowę Mercosur, wpuszczając na europejski rynek tanią żywność z Ameryki Południowej – produkowaną bez norm, bez realnej kontroli, bez kosztów, które dusiłyby unijnego rolnika – nie chodzi o „wolny handel”. Chodzi o zniszczenie lokalnej produkcji. O to, żeby europejski, a szczególnie polski rolnik nie był konkurencją.
Mercosur to nie handel.
To broń ekonomiczna.
A rząd Tuska nie tylko nie stawia oporu. On robi dokładnie to, czego oczekuje Bruksela i Berlin: porządkuje, filtruje i czyści własne zaplecze produkcyjne. „Aktywny rolnik” jest narzędziem selekcji. Ma zostać ten, kto pasuje do modelu narzuconego z góry: duży, ustandaryzowany, zależny od dopłat, posłuszny. Reszta ma zniknąć.
To już było.
Za komuny też mówiono o „racjonalizacji”. Też tłumaczono, że ma być „wydajniej”, „nowocześniej”, „centralnie”. Efekt znamy: PGR-y, marnotrawstwo, degradacja wsi, uzależnienie ludzi od państwa i likwidacja prywatnej własności krok po kroku. Wtedy robiono to pałką i milicją obywatelską. Dziś robi się to rozporządzeniem i Koalicją Obywatelską.
Metoda ta sama.
Opakowanie inne.
Rolnik słyszy dziś jasny komunikat:
– Dorabiasz poza gospodarstwem? Źle.
– Masz małe lub średnie gospodarstwo? Źle.
– Nie produkujesz masowo pod unijne tabelki? Źle.
– Nie spełniasz urzędniczych kryteriów „aktywności”? Wypadasz.
To nie jest reforma. To czyszczenie terenu pod import i pod wielkich graczy. Najpierw zabiera się dopłaty. Potem opłacalność. Na końcu ziemię. Rolnik ma się sam poddać, sam sprzedać, sam zniknąć. Bez czołgów. Bez krzyku. Legalnie.
I nie chodzi tylko o Tuska.
Chodzi o całą filozofię Unii Europejskiej, która od lat traktuje rolnictwo Europy Środkowej jak przeszkodę. Polska wieś ma nie być suwerenna. Ma być rynkiem zbytu, nie producentem. Ma kupować, nie wytwarzać. A jeśli się buntuje -trzeba ją „ucywilizować”.
Dlatego nie ma walki z dumpingiem.
Dlatego nie ma ochrony rynku.
Dlatego nie ma realnego wsparcia kosztów produkcji.
Za to są paragrafy, definicje i groźba odebrania środków.
Władza boi się rolników, bo rolnicy pamiętają, czym kończy się centralne sterowanie. Dlatego próbuje ich rozbroić zanim wyjdą na drogi. Zanim powiedzą „dość”. Zanim zrozumieją, że to nie jest chaos, tylko celowa likwidacja.
Komuna nie wróciła w czerwonych sztandarach.
Wróciła w zielonych strategiach, unijnych dyrektywach i ustawach pisanych językiem „porządkowania”.
Ale finał tej historii zawsze jest ten sam.
Kto niszczy tych, którzy karmią kraj, wcześniej czy później zostaje z pustymi półkami, gniewem społecznym i odpowiedzialnością, od której nie da się uciec.
Zostaw komentarz