Zastanawiam się, czy samo uczestnictwo w rywalizacji jest równie wartościowe, co chęć zwycięstwa. Spieramy się z żoną o to, bo ja twierdzę, że istotą zawodów jest wykazanie, że jest się najlepszym. Zwłaszcza, że nagroda jest jedna, dość atrakcyjna, ale jedna, a wszyscy który jej nie zdobędą będą się czuli przegranymi. I poniekąd będą mieli rację. Zaowocować może tym, że nie do końca wierząc w swój kunszt i szczęśliwą gwiazdę, w ogóle nie wezmą udziału w zawodach.

Żona natomiast utrzymuje, że samo uczestnictwo w zmaganiach (np. Igrzyskach Olimpijskich) jest dla wielu wartością samą w sobie.

Udział w maratonie rozumiem. Zmaganie się z własnymi słabościami, pokonywanie osobistych ograniczeń, ustanawianie indywidualnych nowych granic.  Ale zwykły Konkurs na Plakat?

Temat szlachetny: Pułkownik Kukliński- zwycięska misja. Wreszcie promuje coś, co w historii naszego kraju nieczęsto było wartością osiągalną- zwycięstwo.

Zachwycamy się pięknymi klęskami, gloryfikujemy bohaterskich przegranych, czcimy rocznice niewykorzystanych sukcesów. Ale rzadko towarzyszy nam radość i duma ze zwycięstwa.

Chrobry, Batory, Sobieski, powstańcy wielkopolscy i w końcu płk. Ryszard Kukliński dali nam do tego powód.

Żona twierdzi, że nie zawsze da się wygrać, ale próbować trzeba. I że ta próba będzie swoistym symbolicznym pomnikiem dla tych, którzy trudzili się przede mną i niekiedy nawet wygrywali.

Może ma rację…