Mieszkam w Austrii od 1988 roku. I od tego też roku obserwuję austriacką rzeczywistość, tego kraju politykę i przemiany tu następujące.

Gdy chodząc ulicami Wiednia 27 lat temu obserwowałem tego miasta mieszkańców uderzał mnie olbrzymi kontrast nastrojów wiedeńczyków w ich stosunku do „Ausländerów”. Młodzi i wykształceni wiedeńczycy bez problemu nawiązywali dobre relacje z rówieśnikami z krajów innych, nie ważne jakich. Od nich się czuło przyjaźń i sympatię. Jedynie młodzi i bez żadnego wykształcenia Austriacy w obcokrajowcach widzieli tych, którzy im zabierają pracę i, a może przede wszystkim zasiłki.
Im starszych mieszkańców Wiednia się jednak spotykało tym nieufność do „obcych” była większa. A wśród najstarszego pokolenia panowało przeświadczenie, że za całe zło tego kraju odpowiadają właśnie przybysze. Rozumiejąc jednak historię i szok powojenny tego narodu, który w niewojennej rzeczywistością zderzył się ze skutkami swoich własnych wojennych zbrodni taktownie się ich zrzędzeń i zaczepek wysłuchiwało i nie brano tego sobie do serca.

To był taki dobrowolny balast obcokrajowca pragnącego w tym właśnie kraju ułożyć sobie życie. A nieprzyjemności wynikające z ciągłego wysłuchiwania obelg rekompensowała świadomość, że po wojnie jednak to właśnie to starsze pokolenie swoją ciężką pracą wydobywało Austrię z powojennej zapaści. I uczyniło to w iście ekspresowym tempie biorąc pod uwagę, że aż do 1956 roku stacjonujące tu wojska radzieckie tego procesu na pewno nie ułatwiały.

Drugim aspektem w austriackiej rzeczywistości, dla przybysza wręcz niemożliwym do zrozumienia i tym bardziej zaakceptowania była katastrofalnie wręcz agresywna postawa austriackiej „Polizei” do przybyszów z krajów trzecich. I tu się też spostrzegało różnicę. Pomimo wspólnej polsko-austriackiej historii czasów Galicji, pomimo olbrzymiej różnicy w wykształceniu pomiędzy Polakiem a przybyszem z krajów północno afrykańskich policja często gorzej traktowała Polaka niż właśnie obywatela dawnego Mahrebu. To było rzeczywiście bardzo przykre gdy wykształcony Polak, potrafiący wykonać każdą pracę i bardzo ceniony przez austriackich pracodawców przez policje był ścigany na równi albo i częściej niż zupełnie nie potrafiący pracować w żadnej innej branży oprócz gastronomii Arab. Arabowie i Murzyni wówczas żyli jakby pod specjalnym nadzorem. Ale należy też przyznać, że przedstawicieli Czarnego Lądu było w Austrii bardzo mało. Od czasu do czasu się widywało na ulicach bez negatywnego przeświadczenia, że komukolwiek stają na drodze.

I nadszedł rok 1995. Rok kiedy Austria wstąpiła do Unii Europejskiej i choć początkowo nieśmiało ale coraz bardziej się zaczęła otwierać na świat. A na świat oznacza nie mniej i nie więcej, że od tej pory zaczął się systematyczny napływ ludności z Afryki i Azji z jednoczesnym spadkiem poziomu życia ludności austriackiej. Spadkiem poziomu życia ludzi pracy oczywiście bo podobnie jak w Polsce obecnie poziom życia ludzi władzy zaczął jeszcze bardziej rosnąć. A wraz z rosnącym poziomem ich życia zaczęły jak grzyby po deszczu rosnąć afery w ośrodkach władzy.
Dojrzałe społeczeństwo austriackie na szczęście w przeciwieństwie do Polski mogło nie bojąc się o wyniki wyborów ludzi skompromitowanych od władzy odsunąć, miało jednak to nieszczęście, że jedyną alternatywą dla skompromitowanych (znów podobnie jak w Polsce) socjaldemokratów była partia pana Haidera, która zasłynęła tym, że chwilowe zaufanie społeczne roztrwoniła w tempie naszego Pendolino.

W 2002 roku zdecydowano, że starą i lubianą austriacką walutę, szylinga zastąpi waluta nowa, Euro. I przekonano ludzi, że od tego momentu Austria z Austrii zaściankowej się przeistoczy w Austrię nowoczesną, w krainę powszechnej, europejskiej szczęśliwości gdzie wszyscy będą mieli wygodę. Gdzie nikt nie będzie musiał podczas wymieniania za granicą waluty tracić pieniędzy. Że wreszcie Austria dołączy do krajów nowoczesnych, do elity państw europejskich. Że będzie w zaszczytnym gronie państw decydujących o losach Europy. I rzeczywiście, z chwilą wejścia waluty Euro w Austrii odczuwało się pewną euforię. Każdy wyjazd za granicę udowadniał, że jesteśmy prawie jak w domu. Żadnych kosztów dodatkowych, żadnych przeliczników, żadnych strat. Za 13,76 szylingów w banku się otrzymywało 1 Euro, za 137,6 szylingów Euro 10, a za 1376 szylingów całe 100 pachnących Euro. I aby wszystko się odbywało płynnie i bez ryzyka wzrostu kosztów przez cały rok następny można było wymieniać starą walutę na nową.

Równocześnie jednak, dyskretnie, wszędzie w Austrii zaokrąglano ceny. W restauracjach, na bazarach, w sklepach, w taksówkach. I choć karalnym było cen zawyżanie mimo to wszystko co kosztowało wcześniej 10 szylingów zmieniało cenę na 1 Euro. Nie na 0, 76 centów tak jak powinno się było zmienić lecz na całe 1 Euro. A więc o całe 25 procent więcej. I to na każdym asortymencie, wszędzie gdzie zmieniano cenę z szylinga na Euro cena wzrastała od 10 do 25 procent. Choć oficjalnie to było zabronione! Społeczeństwo początkowo szczęśliwe z powodu zmiany waluty otrzymało silny finansowy cios w kieszeń ale jakżeby tu narzekać skoro wszędzie w gazetach, w biurach podróży, w firmach, w bankach, słowem wszędzie elita się zachwycała jak to teraz jest pięknie.

Tak, pięknie się zrobiło elicie kraju ponieważ na tym ta elita zyskała całkiem sporo pieniędzy kosztem zwykłego konsumenta, który miał jeszcze obowiązek się z tego cieszyć. No bo przecież nie było kosztów wymiany pieniędzy za granicą. Te koszty wymiany waluty za granicą to były promile tego co ludzie tracili w kraju płacąc w nowej walucie i to każdego dnia ale kto by tam takie drobnostki zauważał. Prasa, banki, przedsiębiorstwa, wszyscy blokowali jakąkolwiek rozmowę na temat podwyżek związanych z wejściem Euro.

I tylko nagła świadomość, że w tym roku już nie pojedziemy na urlop gdyż nas nie stać otwierała oczy ludziom coraz częściej. I nie pojedziemy na narty bo karnet dzienny wzrósł do wręcz niemożliwej do zapłacenia ceny. A wzrosnąć musiał gdyż wzrosły koszty utrzymania stoków śnieżnych. Nie pojedziemy na narty również z innego powodu. Mianowicie paliwo również podrożało i gdy przed wyjazdem robimy wstępny bilans takiego wyjazdu dochodzimy do wniosku, że obecnie za dwa dni jazdy na nartach płacimy tyle ile wcześniej płaciliśmy za cały tydzień spędzony w Egipcie lub Tunezji.
Nie korzystając więc z tych przyjemności zaczynamy ich bardziej pragnąć oraz coraz więcej pracować aby mimo to ten cel osiągnąć. W efekcie i tak jednak nie wyjeżdżamy ponieważ gdy już zarobimy konieczną sumę na wyjazd to się nagle okazuje, że znów coś tak bardzo podrożało, że pieniędzy szkoda i z wyjazdu rezygnujemy.

Ale właśnie przeczytaliśmy, że Bank z tytułu wejścia do strefy Euro zyskał ileś tam dodatkowych miliardów więc nie przeciśnie nam się przez usta skarga, że my na tym straciliśmy. A gdy jeszcze słyszę, że austriacka firma STRABAG z tytułu łatwiejszego przepływu kapitału zaoszczędziła kilka kolejnych miliardów i mogła kupić dodatkowo kilkanaście koparek i dźwigów jak mógłbym humory psuć opowiadaniem o swoim wyraźnym zubożeniu. Milczałem więc jak i całe społeczeństwo ale obecnie chciałbym przynajmniej aby o powodach mojego milczenia się dowiedzieli Polacy zanim będą zmuszeni zaakceptować zmianę polskiego złotego na obcą nam walutę Euro.