Komu służą wielkie koncerny i platformy społecznościowe? Ile prawdziwej demokracji pozostaje w świecie algorytmów i uznaniowych machinacji gigantów technologicznych?

Mogę posłużyć się najprostszym przykładem z własnego doświadczenia ostatnich dni. We wtorek 9 maja, w obchodzony hucznie w Rosji Dzień Zwycięstwa, kwiaty przed pomnikiem Armii Czerwonej w Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie, próbował złożyć ambasador Rosji. Powstrzymała go ukraińska demonstracja, obecna tak przy wejściu głównym, jak przy samym pomniku. Wśród kilku pro-ukraińskich i antyrosyjskich happeningów, jeden był wyjątkowo wyrafinowany, choć obrazoburczo symboliczny – razem z komisarzem Jackiem Wroną stanęliśmy przy „ruskim orku”. Fantastyczną instalację artystyczną przygotowała grupa brawurowych patriotów – manekin miał na sobie kamizelkę sowieckiego sołdata, hełm z wymalowaną złowieszczą „zetką”. Na ręku miał ukradzione trzy zegarki, na szyi fragment muszli klozetowej, trzymał również zakrwawionego pluszowe misia oraz damską torebkę. Wydźwięk jasny, przekaz jednoznaczny.

Następnego dnia zamieściłem na swoim koncie na Facebooku zdjęcia z wydarzenia, krótkie materiały telewizyjne, w których opisywano akcję oraz własny opis: „Ruskie orki, przedstawiciele antycywilizacji moskiewskiej, nie zmieniają się od wieków – wciąż mordują, gwałcą i grabią”. Nie minęło kilka chwil, a otrzymałem wiadomość o zablokowaniu mojego profilu na tydzień za „szerzenie nienawiści”. Po odwołaniu do administracji Facebooka… ban przedłużono do miesiąca!

Jacy „szatani byli tam czynni” przy nakładaniu ograniczenia na moje konto – nie wiem. Jednak wpisu ani akcji nie żałuję – ku pamięci oraz czci wobec mordowanych dziś Ukraińców, bestialsko katowanych Żołnierzy Niezłomnych, zabijanych masowo Polaków podczas sowieckiej okupacji czy ponad 100 tysiącom ofiar „operacji polskiej” w ZSRR z 1937r.