Gdyby Józef i Maryja zapukali dziś do naszych drzwi, czy usłyszelibyśmy ich kroki w infozgiełku powiadomień i szumie fake news? Czy w naszych sterylnych, inteligentnych domach znalazłoby się choćby kilka metrów kwadratowych dla dwojga zmęczonych, nieznanych i biednie wyglądających ludzi?
Dziś Boże Narodzenie rodzi się w cieniu nowej, lodowatej zimy – tej geopolitycznej, która mrozi serca na linii Waszyngton–Pekin. Świat znów dzieli się na mapach sztabowych, a my, uwięzieni w pogoni za złotym runem statusu społecznego, budujemy wokół siebie mury wyższe niż te w strefie Gazy.
Patrzymy na tragedie wojny za naszą wschodnią granicą przez szklane ekrany telefonów, a gruzy zbombardowanych domów zlewają się nam z obrazami z gier.
W tym samym czasie, gdzieś w pyle zniszczenia, wśród głodu i huku rakiet, Miłość znów próbuje się narodzić. Boże Narodzenie to najbardziej paradoksalny akt odwagi w dziejach: Bóg, który staje się niemowlęciem. To Miłość, która nie wybiera pałaców z marmuru, lecz kruchą konstrukcję ludzkiego ciała. To wiecznie odradzająca się nadzieja, która jak polny kwiat potrafi przebić się przez betonową ścianę nienawiści i ludobójstwa.
Przychodzi do nas wbrew logice zysku, wbrew bezlitosnej inżynierii społecznej która dzieli narody na zwalczające się frakcje. Przychodzi do nas wbrew socjotechnicznym mechanizmom, które każą nam widzieć w drugim człowieku konkurenta lub wroga.
Czy zatem można w małym, kwilącym dziecku dostrzec symbolikę miłości, która nie zna granic tych państwowych i tych tworzonych przez ludzi między sobą? Tak! To Miłość, która mimo mrozu ludzkiej obojętności, mimo braku wolnych chwil w naszych grafikach, wciąż puka do nas, wciąż nas woła… Ona przychodzi w miejscach, których nie znajdziesz na turystycznych mapach luksusu – ona przychodzi w szpitalnych korytarzach, w milczeniu porzuconych dzieci, hospicjach, w namiotach ludzi którzy stracili wszystko w wyniku wojny, powodzi, huraganów…
Aby ją przyjąć, nie musimy wygrywać wyścigu szczurów. Musimy zrobić coś znacznie trudniejszego „odłożyć tarczę, odrzucić miecz i zdjąć maskę.” Musimy oczyścić przestrzeń własnego serca z pychy i urazów, które gromadziliśmy przez lata. Dopiero w tej surowej, szczerej ciszy, gdy odstawimy na bok ambicje stania się „kimś wielkim, kimś lepszym od innych”, możemy rozpoznać Boga w tym, co małe.
Może właśnie tegoroczne Boże Narodzenie to ostatnia szansa, by zamiast kolejnego gadżetu, podarować światu swoją obecność? By w tym wielkim, pędzącym bezwzględnym mechanizmie rzeczywistości stać się piaskiem w trybach nienawiści, a oliwą w ranach bliźniego… Bo Miłość, choć cicha i bezbronna, jest jedyną siłą, której nie potrafią zniszczyć żadne armie ani żadne ideologie.