Zarówno podczas kampanii wyborczej do parlamentu jak i po niej w środkach przekazu nie były i nie są poruszane tematy nurtujące społeczeństwo:

czy nowy rząd dokończy reformy sądownictwa mimo sprzeciwu Unii,

co dalej z imigracją skoro w Polsce widzimy coraz więcej ludzi z Azji,

jaki wpływ będzie miało spowolnienie gospodarcze na Zachodzie na finansowanie programów socjalnych wprowadzonych przez poprzedni rząd, budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego i przekopu Mierzei Wiślanej,

kiedy poznamy jasne stanowisko premiera i prezydenta dotyczące naszego udziału w ewentualnym konflikcie zbrojnym Stanów Zjednoczonych z Iranem,

kiedy zakończy się spolegliwości wobec Żydów i Ameryki,

czy nowy rząd wymówi „konwencję stambulską” która pod przykrywką walki z przemocą ma za zadanie zmieniać prawo w duchu ideologii gender.

Nikt tymi tematami się nie zajmuje, tak też było w „Salonie dziennikarskim” (16.11.2019). Zamiast stawiania tych pytań i żądania od rządzących i polityków odpowiedzi na nie uczestnik Salonu Eryk Mistewicz, zrobił typowy wślizg w kierunku rządu mówiąc: „Silna osobowość Mateusza Morawieckiego, sprawdzeni przez niego ludzie. Jest to rozdanie autorskie bardzo silnego obozu wokół KPRM-u”.

Gdy powstawał rząd PiS w 2015 roku było kilka osobowości które były gwarantem dobrej zmiany ponieważ miały wizję i wolę reformowania Polski: premier Beata Szydło, ministrowie Antoni Macierewicz, Witold Waszczykowski i Jan Szyszko.

Natomiast mówienie, że M. Morawiecki to silna osobowość to myślenie życzeniowe. Jest sprawnym premierem, ale według mnie nie posiada charyzmy B. Szydło. Mówienie o tym, iż „Jest to rozdanie autorskie bardzo silnego obozu wokół KPRM-u”, to wmawianie społeczeństwu nieistniejącej sytuacji i przekonywanie samego siebie. Jak silny jest obóz okaże się wówczas gdy pojawią się kłopoty finansowe.

Od chwili gdy do opinii publicznej zaczęły przenikać informacje o obsadzie poszczególnych ministerstw do momentu zaprzysiężenia ministrów nowego rządu M. Morawieckiego poza Ministrem Sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą nie widziałam i nie widzę w nim żadnych charyzmatycznych osób.

Pozostali są dla mnie nie tylko, że nijacy, kilkoma z nich jestem głęboko rozczarowana. Dotyczy to zwłaszcza ministrów:

Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotra Glińskiego, którego wg mnie przerosły zadania,

Nauki i Szkolnictwa Wyższego Jarosława Gowina, którego ustawa o szkolnictwie wyższym, tak zwiększyła autonomię uczelni, iż pozbawiła ministra możliwości interwencji w przypadku gdy zagrożona została swoboda wypowiedzi. Mogliśmy obserwować taką sytuację w przypadku prof. Aleksandra Nalaskowskiego. Ponadto jego wypowiedź, że „położy się Rejtanem” w obronie obecności na polskich uczelniach tzw. gender studies niszczącą rodzinę dyskwalifikuje go jako wicepremiera i ministra,

Spraw Zagranicznych – Jacka Czaputowicza, którego dokonań mimo wysiłku żadnego nie potrafię wymienić.

W tym samym programie („Salon dziennikarski”) redaktor Piotr Semka stwierdził, że rząd musi wytworzyć nowe hasło. Jednak nawet najlepsze hasło nie spowoduje, entuzjazmu wśród społeczeństwa, tym bardziej gdy nie ma w rządzie ludzi którzy gwarantują jego realizację.

Z kolei redaktor Michał Karnowski stwierdził, że „w sprawie 447 duża część polskiej opinii publicznej została nabrana. Rozkręcono histerię nie adekwatną do realności tego wydarzenia”. Czas pokaże czy rację miała Konfederacja czy redaktor Karnowski.

Po wyrzuceniu z rządu B. Szydło, A. Macierewicza, W. Waszczykowskiego i J. Szyszki wiadomo było, że wiara w dobrą zmianę w dużej części społeczeństwa uleciała. Zapowiedź J. Kaczyńskiego, że „PiS od dziś znaczyć będzie pieniądze i spokój” tylko to potwierdziło. W ten oto sposób rząd M. Morawieckiego nawiązał do „ciepłej wody w kranie” czyli bylejakości.

Odnoszę wrażenie, iż nowy rząd jeszcze nie zaczął rządzić, a już płynie na bezdechu i nie mając pomysłu na następne cztery lata rozpaczliwie go szuka. Jeżeli szybko go nie znajdzie to może nie przetrwać do końca kadencji.

Foto: „Gazeta Polska codziennie”