Można czasem poczuć oddech prokuratora na plecach – mówi Paweł Miter w rozmowie z Małgorzatą Kupiszewską – Temida wtedy na biurku prokuratora ściąga swoją opaskę i patrzy, kto tu politycznie rozrabia, kto się wychyla, komu trzeba dowalić i uprzykrzyć życie. Dalej już nad sądami pastwić się nie chcę. Dziś każdy widzi, jakie te sądy są. Królowie z ław sądowych są nadzy – podkreśla dziennikarz śledczy w wywiadzie dla portalu Pressmania.pl.

Małgorzata Kupiszewska: – Minęły dwa lata, jak rozesłano za Panem list gończy. Ilu jest dziennikarzy w Polsce, za którymi rozesłano podobne listy?

Paweł Miter: – Nie wiem. Ostatni mi znany to redaktor Jan Piński. Ale Pani sędzia, która ten list gończy wystawiła, będzie tego żałować, bo złamała procedurę przy jego podpisywaniu. Złamała po prostu prawo, wykazując się jego nieznajomością. W sprawie redaktora Pińskiego sędzia Joanna Bukowska nie miała prawa wystawić takiego listu gończego. Każdy student trzeciego roku prawa to wie. Zastanawia tylko, czy sędzia Bukowska zrobiła to bezinteresownie, czy przyjęła korzyść majątkową w związku z ta sprawą. Z tego, co wiem, w tej sprawie do CBA wpłynęło już odpowiednie pismo. Jeśli zrobiła to nieświadomie, to nie powinna być sędzią, jeśli doszło faktycznie do korupcji, powinna skończyć w kryminale.

Nad Panem wisiały zarzuty: Art. 270 kodeksu karnego („podrabianie lub przerabianie dokumentu”); Art. 235 (szkodzenie komuś poprzez „tworzenie fałszywych dowodów lub inne podstępne zabiegi”) oraz Art. 227. („wyzyskiwanie błędnego przeświadczenia o innej osobie”). Groziło Panu: do pięciu lat, z drugiego do trzech, a z trzeciego do roku więzienia.

– Prokurator Kijowski z tych zarzutów już się wycofał. Zostały tylko te dotyczące Amber Gold. Czekam na akt oskarżenia. I czekam na odsłonę dowodów z kancelarii tajnej prokuratury. Niech ABW nie myśli, że ja sobie tak o pozwolę na opluwanie mnie. Swojego asika w rękawie na partactwo ABW mam. Oni grają, ja też pogram tą samą metodą, co oni. Z nimi trzeba krótko. Walić jak obuchem w łeb. Pokazać ludziom, jakie mamy służby. Spartaczone. Dać innym do myślenia.

Mimo młodego wieku znany jest Pan już w środowisku jako skuteczny dziennikarz śledczy…

– Co rusz dzwonią do mnie niektórzy znani dziennikarze i proszą o jakieś informacje, bo ktoś im mnie polecił, bo wiedzą, że mogę coś wiedzieć. Ot, nie tak dawno dzwonił do mnie jeden znajomy dziennikarz, który przygotowywał materiał o pewnym znanym pośle i jego związku (więcej nie powiem, przeczytaliśmy już o tym w gazecie). Niejeden dziennikarzyna chciałby mieć ten rozgłos na swoim koncie co ja. Może to puste i bufoniaste, ale pani mi wybaczy, muszę się czasem dostosować do poziomu moich oponentów. W większości to są umoczeni w układy medialno-biznesowe idioci i bufony, często nastawieni na lans, na pokazanie swojego ja, a sprawy i misja tego zawodu lata im koło czterech liter. Mam wąskie grono przyjaciół, są w tym gronie osoby znane w kraju, osoby z przeciwnej strony, jeśli idzie o sympatie polityczne. Oni wiedzą, jaki jestem naprawdę. Wiedzą, przez co przeszedłem w życiu, w której szufladzie w domu mam różaniec i wiedzą, czy danego dnia jadę tramwajem, czy autem. Jakiś czas temu znany pisarz w jednym z tygodników rzucił w wywiadzie, że jesteśmy przyjaciółmi. Wie pani, ile musiałem się natłumaczyć niektórym osobom, jaka faktycznie znajomość nas łączy? To było straszne, ale to tak funkcjonuje, choć czasem jest męczące. Te wieczne animozje. Nie wiadomo, z kim się zadawać, a z kim nie. Zdanie osób chorych z zawiści mnie jednak kompletnie nie interesuje. Parę dni temu będąc w Warszawie spotkałem się na obiedzie z jednym z warszawskich redaktorów naczelnych, który zresztą zainicjował to spotkanie tak, że ja sam nie wiedziałem nawet od osoby, która nas umawiała, z kim mam się spotkać. Wie pani, miły facet, niejedną aferę ujawnił, ma dobre źródła, ale ile ja się nasłuchałem o tej „Warszawce” i o tych dziennikarzach przeróżnych. Głowa mi pękała, przy tych krewetkach i kremie z dyni. Polubiłem faceta, jednak kompletnie za coś innego.

Ściganie nieprawidłowości w rządzie ostatnich czasów to jest to, co Pan umie robić najlepiej?

– Najlepiej to chyba potrafię sprzątać mieszkanie i rozbawiać moich znajomych, kiedy się spotykamy przy jednym stole. Co do reszty, to pozostawiam ocenie czytelników. Nie będę ukrywał, że głównie na ich opiniach mi zależy. Kiedy w Gazecie Wyborczej pojawiały się szkalujące mnie artykuły, czy artykuły Marcina Rybaka z Gazety Wrocławskiej, kiedy czytałem komentarze zwykłych ludzi pod nimi, kiedy dostawałem wiadomości liczne, to przyznam się pani, że czasem sobie nawet pobeczałem w nocy, ze szczęścia, że są ludzie, którzy potrafią być krytyczni, ale tak mądrze, a nie zawistnie. Że to, co robię, znajduje u tych osób uznanie.

Amber Gold – czy społeczeństwo pamięta jeszcze, że w sprawę wmieszany był syn Donalda Tuska? Chodziło o oszustwo na wielką skalę czy o korupcję? Społeczeństwo pamięta jeszcze przekręt gdańskiego parabanku, który oszukał 18 tysięcy osób na kwotę 851 milionów złotych? Jaki jest finał tej sprawy?

– Finału nie ma. Prokuratura stale przedłuża śledztwo. Tłumaczą, co rusz, że za chwilę koniec, że akt oskarżenia trafi do sądu i tak od trzech lat prawie. Finał będzie taki, że nikt z tych poszkodowanych nie odzyska ani grosza. Majątek, który obecnie pozostał po Amber Gold pójdzie na państwo i długi względem państwa. W kolejce do wymaganych roszczeń jest zawsze pierwsze państwo. Pozostali są na końcu. Tu oto państwo zawaliło i państwo jest na pierwszym miejscu. Niech pani zobaczy, co robią teraz sądy, jak odrzucają zbiorowy pozew przeciwko państwu za Amber Gold, z tych samych sądów wywodził się skompromitowany sędzia Milewski właśnie. Można to definiować, jako pewnego rodzaju zmowę i układ nie wywlekania Amber Gold przed opinię publiczną.

Porozmawiajmy zatem teraz o Pana doświadczeniach z przeszłości. 6 września 2012 r. upubliczniono informację, że minister Jarosław Gowin zlecił kontrolę pracy sędziego Milewskiego z Gdańska. Pan dowiedział się o tym dzień wcześniej. Postanowił wykonać telefon testowy, by sprawdzić, jak na tę wiadomość zareaguje Milewski…I wkręcił go Pan. Podał się za Szefa Kancelarii Premiera. Sędzia uległ czarowi fałszywego urzędnika. A gdyby telefon nie był fałszywy? Czym groziłoby to sprawie w Sądzie?

– Nie chcę gdybać, co by było, gdyby. Miałem informację, że takie kontakty między Kancelarią Premiera a Sądem Okręgowym z Gdańska są. Jak się okazało, z dużym prawdopodobieństwem, po ujawnieniu tej rozmowy można uznać, że było to prawdą. Dalej już nad sądami pastwić się nie chcę. Dziś każdy widzi, jakie te sądy są. Królowie z ław sądowych są nadzy. Moja prowokacja zapisze się na lata w dziennikarstwie, bo każdy o sądach pisał, mówił, ale nie było dowodów na służalczość sędziów. Taki dowód dałem jak na dłoni. Ostatnio Anita Gargas i Cezary Gmyz ujawnili korupcję w Sądzie Najwyższym, ale przeszło to bez echa, nie zrobiono tego co ze sprawą Milewskiego, nie poruszano tego tematu we wszystkich mediach. Ostatnio ciekawie o sędziach pisze Jan Piński z Uważam Rze.

„Mogę spotkanie wyznaczyć albo na 17:00 albo nawet na 12:00 czy 13:00, tak, że tutaj nie ma problemu. Skład już jest, czyta akta. Jest kwestia, czy bardzo przyspieszać, czy nie przyspieszać” – mówił na nagraniu z prowokacji Milewski. Natomiast pytany, czy sędziowie, którzy będą brać udział w posiedzeniu, „są zaufani”, odpowiedział: – „Proszę się nie martwić” – taki przebieg miała Pana rozmowa z sędzią Milewskim? Ta rozmowa to dowód na to, że Sędzia nie był niezawisły, tkwił w układzie?

– Ta rozmowa dokładnie tak przebiegała, jak ją pani zacytowała. Ja miałem informację, pracując nad sprawą Amber Gold, że na linii Kancelaria Premiera a Sąd Okręgowy w Gdańsku dochodzi do kontaktów. Nie potrafiłem tego inaczej udowodnić, jak właśnie w ten sposób. Ta rozmowa oddaje prawdopodobną skalę tego, że tego typu rozmowy mogły mieć wcześniej faktycznie miejsce. To jest obszerny materiał. Dotyczy syna Donalda Tuska, jego pracy dla Amber Gold, dotyczy tysięcy osób oszukanych, to był okres, kiedy rząd Donalda Tuska mógł być wysadzony tą aferą w powietrze, wreszcie dotyczy licznych nieprawidłowości w instytucjach państwa, prokuratury i dziwnych relacji szefa Amber Gold z politykami Platformy Obywatelskiej z Pomorza. Dziś jednemu z nich postawiono zarzuty zatajenia majątku. To są ci właśnie ludzie, ta pomorska klika.

Tomasz Arabski, ówczesny szef kancelarii premiera Tuska, obecnie ambasador w Hiszpanii, powiedział o Pana sprawie, że przesłanie sfałszowanego emaila jest oburzające, wprost łajdackie, jest przestępstwem. Autor powinien być natychmiast ukarany. Dlaczego nie oburzyło go, jak w 2010 r.  Morozowski i Sekielski a więc TVN,  podszyli się pod szefa kancelarii premiera i rozesłali fałszywe maile do wojewodów, w których prosili o udostępnienie wrażliwych danych szefów służb w województwie. Większy może więcej?

– Wtedy też Donald Tusk na konferencji wskazywał, że winnego trzeba ukarać. Dał sygnał służbom i prokuraturze, że mają działać. No i mnie próbowali dopaść. Dziś, po prawie trzech latach śledztwa, kiedy postawiono mi szereg przeróżnych zarzutów, prokuratura powoli z nich schodzi. Kilka dni temu otrzymałem od prawnika kolejne pismo, gdzie prokurator Kijowski umarza względem mnie część stawianych mi zarzutów. To już druga taka sytuacja, pierwsza miała miejsce w 2013 roku. Zostały jeszcze zarzuty o Amber Gold i moje rzekome czerpanie korzyści od Marcina P. Nie wiem jednak, co jest w tych aktach, sprawa znajduje się w kancelarii tajnej prokuratury ze względu na wątek Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Szkoda, bo tym ostatnim umorzeniem z końca lutego pozbawiono mnie szansy, bym na sali sądowej mógł zadać Donaldowi Tuskowi i Tomaszowi Arabskiemu kilka niewygodnych pytań. Dostali to samo postanowienie co ja, bo mam to w końcowym podsumowaniu orzeczenia. Pewnie śpią teraz spokojnie. Nikt o Amber Gold i sędziego Milewskiego ich już nie zapyta. Prokurator Kijowski ukręcił sprawie łeb. Co do programu w TVN, widzi pani, to jest tak jak u Orwella w „Folwarku Zwierzęcym”. Wszyscy są równi, ale inni są równiejsi.

Marcin P, człowiek z nizin finansowych, nagle stworzył potęgę Amber Gold. Geniusz czy hochsztapler? Wiemy już, na czyje polecenie zamknięto nad nim parasol ochronny? Mówi Pan o podobnym schemacie: Amber Gold i Art. Bi. Dlaczego tak podobne afery nie mogą znaleźć finału w sądzie?  Przecież to my, Polacy straciliśmy bezpowrotnie swoje pieniądze. Old Express – to przykrywka dla układu?

– To, kto miał nad Amber Gold otwarty parasol ochronny, ma ustalić prokuratura, ale tego nie zrobi. Bo ten parasol należy do służb. Wszędzie, gdzie pojawiają się dziwne zbiegi okoliczności, niedopatrzenia, jakieś niedociągnięcia, a przy Amber Gold zawiodło coś ponad 20 instytucji, nie ma szans na wyjaśnienie tego. Nie z naszą prokuratura i sądami, nie z naszymi obecnymi służbami, kiedy wiemy, że potrafią się nawzajem inwigilować i hakować. Tego państwa w sferze odpowiedzialności i prawdy już nie ma. Nie istnieje. Jak ktoś twierdzi inaczej, żyje w oderwaniu od samodzielnego myślenia i analizowania, żeby nie napisać od rzeczywistości. Powiem pani coś może szokującego. Dziś wierzę tylko Marcinowi P. Wierzę, że kiedyś sam zechce ujawnić prawdę, jak to było, i kto za tym stał, ale to może dla niego źle się skończyć. Tylko w jego ewentualną prawdę wierzę, w ustalenia prokuratury nie wierzę.

Podjął się Pan wyjaśnienia najświeższej sprawy: portal e-Dolny Śląsk za 66 milionów dla samych swoich. Czy sprawa nabrała już rozgłosu, znajdzie finał w sądzie? Kryje za sobą następny układ?

– Z Magdą Groń, jako pierwsi, ujawniliśmy kulisy i powiązania polityków PO z firmami wykonującymi projekt dolnośląskiego e-portalu za, bagatela, 66 mln złotych. Po naszych ustaleniach do urzędu marszałkowskiego weszło CBA i NIK na kontrolę. Kilka dni temu urzędnicy zrezygnowali z tego projektu, jednak kilkadziesiąt milionów zostało stracone. Szykuje się sądowy spór. Gdyby nie Magda tematu by dziś nie było. Qumak trzepałby kasę za skandaliczny portal, a regionalne gazetki, redaktor Rybak czy Harłukowicz mali wrocławscy kurduple tego zawodu pisaliby w stylu, „że to szokujące, że tyle pieniędzy, no ale jednak powstaje”. Z Magdą Groń ujawniliśmy coś znacznie bardziej niepokojącego. Powiązania polityków PO z firmami, które na tym zarabiały.

W marcu 2014 roku zamknięto Pana do aresztu, który i przez ten czas nie mógł się widzieć z Panem adwokat, bo Pana „wiecznie konwojowano”. Tak się zemścił gdański sędzia Ryszard Milewski, za odsunięcie go od sprawy Amber Gold? Czy to już spisek polskiego sądownictwa pełnego stalinowskich nawyków?

– Areszt dla mnie miał trwać 14 dni, ale trwał siedem. Prokuratura wystraszyła się oburzenia, jakie zaczynało przybierać na sile, kiedy mnie zatrzymano. Nie chcę komentować, czy to forma zemsty. Szukali haka, błahostki i ją znaleźli, z własnej głupoty dałem im taką możliwość. Jednak tłumaczenie tego, jakobym się ukrywał było naruszeniem poniekąd mojego dobrego imienia. Prokurator miał do mnie telefon. Wiedział, gdzie mieszkam. Wystarczyło doręczyć wezwanie a nie robić cyrk z moim aresztowaniem, kiedy wyprowadzałem psa. Prowadziłem normalny tryb życia, a nie jakieś przestępcze ukrywanie się, jak starano się to przedstawiać w mediach. Zresztą to stała retoryka tego typu zatrzymań.

Naraził się Pan komuś swoim idealizmem i dlatego dostaje Pan baty?

– Być może. Z tym idealizmem to różnie bywa. Ostatnio już nawet sam dochodzę do wniosku, że idealizm to utopia, choć dalej jestem jego wyznawcą, mimo swoich wad, ale i wad samego idealizmu. Bardzo mnie ten idealizm podnieca, jakoś napędza do tego, że jednak może być lepiej, jeśli wszyscy się uprzemy. A przynajmniej ci, którzy chcą iść pod prąd. Którzy jeszcze sami potrafią myśleć, którzy nie są sklejeni na dobre z tą wszechogarniająca papką bylejakości, odwalania wszystkiego na pokaz dla jakiegoś lansu.  Bardzo bym chciał kiedyś zalążka prawdziwej rewolucji w naszym kraju. Czasem chciałoby się wyjść na te barykady. Zwłaszcza wtedy, kiedy się na to wszystko patrzy, co wokół nas. Choć powiem pani, że ostatnio bardziej interesuje mnie idealizm prawniczy. Studiuję prawo. W naukach prawnych idealizm ma na celu branie pod uwagę tylko i wyłącznie interesu społecznego, szeroko rozumianego. Jurysprudencja socjologiczna, mógłbym tak mówić długo, ale nie czas i miejsce na to. Baty to ja dopiero dostawać będę, jak skończę te studia. (śmiech) . Kiedyś, gdy przeczytałem o sobie coś złego, wracałem do domu i się zamykałem na kilka dni, nie wychodząc na ulicę. Dziś już to po mnie spływa. Wiem, kim jestem, ile we mnie jest dobroci, ile zła i wredoty. Cały czas nad sobą pracuję. To taka dalsza droga wcześniej wspomnianego idealizmu.

W 2010 doprowadził Pan do prowokacji w TV. Na telefon obiecano Panu prowadzenie własnego programu pt.”Rozmowa na krawędzi”. Władze TVP podpisały z Panem wstępną umowę na łączną kwotę 39 tys. zł. Miesięcznie. Produkcja miała wystartować zamiast programu Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”. W ostatniej chwili umowę zerwano. Pan ją zerwał, bo chciał ujawnić działanie układu?

– Pokazałem, jak funkcjonuje TVP, głęboka patologia, wyprowadzanie pieniędzy na zewnątrz po przez takie właśnie umowy i głęboki serwilizm. Wystarczył telefon z niby kancelarii prezydenta i już, pstryk i szefostwo TVP stało na baczność.

Nie boi się Pan „gęby” oszołoma, pozera, poszukiwacza sławy, bogatego hipstera? Gazety dodają: skandalista i prowokator znany z wkręcania znanych ludzi i instytucji w „niezręczne sytuacje”.

– Mnie już dorabiano różne gęby. Wszystkie te, które pani wymieniła i jeszcze kilka innych. To taka propaganda szemrana. Wszystkie te gęby mnie bawią, mógłbym z nimi polemizować, prostować, tłumaczyć je, czy są prawdziwe, czy nie, ale po co? Media i tak robią swoje. Do tego dochodzą pewne osoby, które bardzo się starają, by czasem mi dowalić. Co ja na to poradzę? Jeśli dla kogoś ważne jest to, czy jeżdżę mercedesem, czy faktycznie byłem kumplem Marcina Plichty właściciela Amber Gold, to już jego problem. Pokazuję i wybebeszam, jak ja to mówię – rzeczywistość faktyczną – i ona jest ważna. Nad tym, co pokazuję trzeba deliberować, a nie nad tym, czy Miter jest biedny, czy bogaty, bo ani jedno ani drugie nie jest prawdą. Kiedy ktoś zarzuca mitomaństwo pytam go bez wahania, jaka sprawa, którą ujawniłem, była kłamstwem? Każda sprawa wywołała w mediach burzę i istne trzęsienie ziemi.

Wykonuje Pan pracę dziennikarza według podstawowych standardów i publikuje jej efekty?  Używa Pan metod w pracy dziennikarskiej, które są skuteczne i pokazują sprawy?  Działa tak, aby o aferach mogli usłyszeć zmanipulowani czytelnicy programów TV?  Spełnia Pan podstawowe wymogi, jakie się stawia dziennikarzowi? Skąd zatem wobec Pana osoby ta niechęć innych dziennikarzy?

– Obecnie jestem pełnoprawnym dziennikarzem Gazety Finansowej i Warszawskiej Gazety. W pierwszej publikuję swoje materiały, kiedy zechcę, w drugiej mam drukowany stały, co piątek, felieton. Używam metod nie zawsze delikatnych, bo prowokacje to nie są delikatne formy dziennikarskie. Można nimi wyrządzić komuś krzywdę, ale często jest to jedyny sposób na zbliżenie się do prawdy i do wiedzy, że faktycznie jakiś proceder, jakieś kumoterstwo, może mieć miejsce gdzieś tam, w sferach władzy. Z drugiej strony wiem, że medialne konwenanse już dawno szlag trafił, że prawdę w mediach trzeba pokazywać dziś inaczej. Widza, czytelnika trzeba walnąć obuchem w łeb, wtedy zacznie się zastanawiać, o co chodzi. W dobie medialnej papki, każda największa afera przejdzie bez echa i zainteresowania. Są sprawy kompletnie przez główne media nieporuszane, przemilczane szerokim frontem. Widz, czytelnik, słuchacz jest manipulowany poprzez brak dostarczania mu istotnych kwestii. Autorytety medialne wciskają nam rzeczywistość o płonącej tęczy tygodniami, morderczyni dzieci będzie dla nas celebrytką kryminalną, a ceny gazu, prądu, żywności, bezrobocie, liczba samobójstw z nędzy, podpalający się ludzie pod Kancelarią Premiera będą przez media ignorowani. Ważne tematy będą ignorowane, będzie kreowana nadrzeczywistość dla ogłupionej i otępionej masy.

Pamięta Pan, kiedy ostatnio Pana pobito?

– Temat mojego pobicia trafił do mediów bez mojej kontroli. Prokurator sprawę umorzył z powodu niewykrycia sprawców. Nie chcę o tym rozmawiać, bo nie ma o czym. Zaraz wyjdą z nory zapluwacze i będą podnosić larum, że robię z siebie ofiarę, a ja takiego stanu rzeczy, kiedy ktoś zgrywa ofiarę, sam nie znoszę. Jakoś mnie to dziwnie zniesmacza. Ale skoro już pani pyta, to powiem, że nie był to jedyny atak na moją osobę. Dwa lata temu napadło mnie dwóch osiłków. Wydział śledczy Komendy Wojewódzkiej szybko ich zatrzymał. Kiedy byłem pod ich obserwacją, sprawa skończyła się w sądzie. Wobec jednego z nich wydano wyrok skazujący pozbawienia wolności. Ale na co dzień żyję spokojnie, bez większych obaw o siebie.

Ten tydzień w areszcie to ważny dla Pana czas?

– Pamiętny okres w moim życiu. Ale też mi pokazał, że jednak mam całą rzeszę ludzi za sobą. Dostałem wtedy setki maili od kompletnie nieznanych mi osób, co mnie ogromnie zbudowało w tamtym dość trudnym czasie.

Po czasach, kiedy Pana piętnowano, obrażano, dyskredytowano w oczach czytelników, przyszedł czas medialnej ciszy. Boją się Pana?

– Czy cisza, nie wiem. Co jakiś czas dostaję propozycję wywiadu, czy udziału w jakimś programie, ale to ja decyduję, czy jest o mnie cicho, czy głośno. Cenię sobie spokój, wewnętrzną harmonię, życie prywatne. Były próby, by mi to odebrać, ale postawiłem na swoim. Dziś działam bardziej zaakuluarowo, to jest lepsze, niż to, by mieć znaną gębę. Zresztą, ja się do mediów nie nadaję, czasem wymądrzam się w TV Republika o jakimś swoim artykule, jaki ma się ukazać w Gazecie Finansowej i źle się czuję, będąc w studiu. Dziś też zastanawiam się, czy jechać do tej samej telewizji, by porozmawiać o kolejnym moim artykule dotyczącym „afery medycznej”, którą wraz z Magdą Groń opiszemy w najbliższym wydaniu Gazety Finansowej. Lubię, jak wokół mnie jest cicho.  Czasem jednak robię wyjątki, jak choćby udział mojej osoby w wydanej książce „Afery III RP” pod redakcją Aleksandra Majewskiego, czy wywiad z panią właśnie. Uległem też namowom pewnego wydawnictwa i zgodziłem się napisać książkę, do lipca muszę oddać tekst. Tym razem mnie obliguje norma prawna, może nie ius cogens, ale jednak jest to umowa, której muszę dotrzymać, więc autorska książka na pewno będzie.

Za to kim i jakim Pan jest, rozpoznają Pana na ulicy?

– We Wrocławiu, idąc ulicą, czasem zdarza mi się, że ktoś mnie zaczepi, podobnie w kolejce, w banku. Usłyszę dobre słowo, poczuję poklepanie po ramieniu. Wie pani jak to buduje, kiedy mogę pogadać z tymi osobami, poznać choć kawałek ich trudnego życia, zmagań często właśnie z sadami, czy prokuraturą? Kiedy mówią, że takie osoby jak ja są przyszłością tego kraju, bo są bezkompromisowe i odważne? Dla mnie ciekawsza jest kasjerka z Biedronki niż ktoś, kto potrafi ludzi tylko oceniać i metkować tylko dlatego, że robi coś niebanalnego i wyłamuje się z ogólnie przyjętych zachowań. Mam też całkiem ciekawych sąsiadów. Ostatnio, będąc na premierze filmu Magdaleny Piejko, kiedy razem z Dorotą Kanią i paroma innymi osobami udaliśmy się do restauracji na lampkę wina i coś zjeść, na miejscu okazało się, że są tam osoby, które mieszkają obok mnie, ulicę dalej, które mnie znają, i potrafią konstruktywnie skrytykować. Z jednym z nich już się nawet zaznajomiłem tak po sąsiedzku. Ostatnio mam społeczne tygodnie, już je tak sobie nazwałem, bo zgłosiło się do mnie kilka osób z prośbą pomoc. Na przykład pewna Wrocławianka, która została oszukana przez developera na 150 tysięcy złotych. Napisałem o tym artykuł dla Gazety Finansowej i wystarczyło. Prawnicy firmy, od razu po naszej publikacji, zgodzili się zwrócić jej 136 tysięcy złotych, wcześniej od samego początku nie odpowiadali na jej pisma. Publikacja podziałała. Byłem zadowolony, jak pani Ania do mnie zadzwoniła i już innym głosem, a nie smutnym i przybitym, że udało się, że odezwali się. Od tego są dziennikarze. Od stania po stronie słabszych, nie po stronie rządu. Zawsze stoję po stronie słabszych.

Zna Pan piosenkę Jacka Kaczmarskiego „Obława”?

– Znam.

Czuje się Pan osaczony i ścigany?

Co do osaczenia, to tak, można czasem poczuć oddech prokuratora na plecach i to dość skutecznie zwłaszcza, jeśli sprawa ma dno polityczne. Temida wtedy na biurku prokuratora ściąga swoją opaskę i patrzy, kto tu politycznie rozrabia, kto się wychyla, komu trzeba dowalić i uprzykrzyć życie.

Dziękuję za rozmowę i życzę, by odwaga Pana nigdy nie opuściła.